Strony

sobota, 2 grudnia 2017

PRZEBUDZENIE

Usiądź wygodnie w fotelu (bądź na czymkolwiek siedzisz), przynieś sobie kubek czegoś ciepłego do picia (ewentualnie kieliszek mocniejszego trunku), bo dziś "pogadamy" sobie na niezbyt przyjemne tematy. Zamierzam obnażyć się publicznie (choć też przed samą sobą) z bałaganu, który obecnie mam w głowie. Zamierzam się przyznać, jak rozpędzona do maksymalnej prędkości, pozostawiając za sobą wszystko inne, puszczając mimo uszu komentarze bliskich (jak się teraz okazuje słuszne) zderzyłam się z szybą, z pograniczem rzeczywistości i iluzji. Ale zanim dojdziemy do tej finałowej sceny w której kurtyna opada w dół wróćmy do początku...

"chce mi się płakać ze szczęścia, że trafiłam na tak świetnego chłopaka i czuję, że jestem w stanie oddać mu swoje serce tak stuprocentowo, tak jak nie zrobiłam tego nigdy wcześniej... " (20.03.2017)

Przecież tak było! To jak się poznaliśmy, to jak się poznawaliśmy, to jak się pierwszy raz spotkaliśmy... Jak zaczęliśmy ze sobą rozmawiać co wieczór o wszystkim i niczym. Jak naturalnie weszliśmy w związek. I jak świetnie do siebie pasowaliśmy. Wszyscy to widzieli, choć nieważne co myślą inni. Ja to widziałam, ja to czułam. Po raz pierwszy czułam się na takim miłosnym haju. I czułabym się pewnie dalej gdyby nie to, że mój narkotyk pod przykrywką cudownego odurzenia zabijał mnie od środka...

"wszystko z nim wydaje się prostsze, jest dla mnie nieocenionym wsparciem w trudnych chwilach i osobą, z która mogłabym dzielić swój wolny czas :) uwielbiam o niego dbać, sprawiać, że się uśmiecha, uwielbiam przy nim być..." (14.05.2017)

No i stało się, ktoś skradł całe moje serce. Nie mogło być inaczej - dogadywaliśmy się świetnie w każdej kwestii, mieliśmy identyczne poczucie humoru, wartości w życiu, priorytety. Po raz pierwszy jak facet wspominał o zaręczynach nie chciałam uciekać na drugi koniec świata ze strachu tylko czułam spokój i radość. Naopowiadaliśmy wszystkim, że się hatjniemy za trzy lata. Moi przyjaciele przecierali oczy z niedowierzania "co?? Ratajczykowa gada o ślubie? co się z nią stało?!". Byliśmy dla siebie przyjaciółmi, którzy zwierzali się sobie z problemów. Kumplami, którzy mogą wypić piwko i wspólnie się z czegoś ponabijać (np. z mojego antytalentu wokalnego, który oczywiście nie przeszkadzał mi, abym podśpiewywała w samochodzie). Kochankami, którzy patrząc na siebie nie widzieli w oczach drugiej osoby iskry a... cholerny ogień, wręcz pożar. Tak właśnie było.

"myślałam, że nigdy nie poczuję nic takiego, że mój kolejny związek będzie oparty na stagnacji typu 'no nie ma chemii, ale dobry materiał na chłopaka, inteligentny, zaradny, poukładany" a tutaj mam 2w1 - nie dość, że to co myślałam plus taka niesamowita chemia" (12.02.2017)

Wydawało mi się, że spotkałam na swojej drodze kogoś wyjątkowego. I że będę z nim całe życie. Przecież mieliśmy zgodną wizję przyszłości (poza tym, że ja chciałam mieć w przyszłości psa a on niekoniecznie), byliśmy na podobnych etapach w swoim życiu. Z tym, że ja jako singielka byłam zajebiście (przepraszam za wulgaryzm, ale czasami klnę jak szewc i nie chcę udawać, że jest inaczej) szczęśliwa sama ze sobą. Rok singlowania był najlepszym czasem na poznanie siebie, na rozwój i wyznaczenie sobie ścieżki życiowej. Nie potrzebowałam do tego faceta, choć przyznam bez bicia, że w tym czasie byłam na AŻ trzech randkach ale... dopóki nie poznałam jego nie chciałam nawet myśleć o bliższej relacji. A tu, pomimo cholernej odległości samo wyszło, że staliśmy się parą. I to on do tego bardziej dążył niż ja. On chciał to sformalizować i ogłaszać światu, że jesteśmy razem.

" [...] no ale my naprawdę się pobierzemy, nie może być inaczej" (07.07.2017)

Czułam się tak niesamowicie szczęśliwa. Usłyszałam tyle pięknych, wielkich słów. Nic nie było wymuszone, wszystko było takie... naturalne i łatwe. Nawet te sześc stów pieprzonych kilometrów nie było dla nas problemem. Myślałam, że śnię. Cudowne smsy, wspaniałe plany, rewelacyjne randki, troska, dużo śmiechu, maślane spojrzenie kiedy byłam obok. Nasza ulubiona restauracja w Międzyzdrojach, nasze związkowe ksywki, nasze wspomnienia jak płakaliśmy i zwijaliśmy się ze śmiechu, nasze ulubione hashtagi na Insta. Myślałam, że piękniej być nie może, że nie mogłam trafić lepiej. Dziękowałam Bogu w wieczornej modlitwie za ten dar. Dziś wiem, że to nie był dar a zajebista lekcja życia.

"pójdę jutro podziękować Bogu za to, że mi go zesłał pod nos, naprawdę :)  ten chłopak jest spełnieniem wszystkich moich marzeń! Czuję się silniejsza, bardziej szczęśliwa i spełniona..." (25.03.2017)

Ok, przyznam się bez bicia. Jestem osobą, która na pierwszy rzut oka wydaje się chłodna, nieprzystępna, wręcz nieczuła. To nieprawda. Jeśli ufam komuś stuprocentowo to nagle znika mur, którym się otaczam i pozwalam zajrzeć w głąb swojej duszy. Pozwalam się poznać jako prawdziwa ja. Troskliwa, czuła, ciepła kobieta, która za najbliższymi wejdzie w ogień bez wahania (i bez gaśnicy :P). Taka, która marzy o stworzeniu szczęśliwej rodziny (dog niemiecki w komplecie of course) i to jest dla niej głównym celem życiowym. Nie kasa, praca, kariera, kontakty i przypadkowe znajomości. Oczywiście wszystko przy zachowaniu odpowiedniego balansu. Mogliśmy pójść wieczorem na plażę na koc, pić jabłkowego Jim Beam'a z plastikowych kubków i zagryzać go chrupkami. Mogliśmy ubrać się elegancko i pójść do prestiżowej restauracji na romantyczną kolację przy świecach. Mogliśmy wskoczyć w dresy i gnić razem przy kominku albo pojechać na myjnię i myć moje auto. Mogliśmy razem wszystko.

Ale wtedy Bóg zdjął mi opaskę z oczu.


Nie chcę żyć na pokaz.
Nie chcę żyć z kimś kto prowadzi podwójne życie.
Nie chcę powielać fałszywych schematów z Twojego bliskiego otoczenia. Pięknie na zewnątrz, zgniłe w środku. Ile razy sam mówiłeś, że Cię to boli, że Ty tak nie chcesz.
Nie chcę być z kimś kto nie zna rangi słów "obiecuję".
Nie chcę być z kimś kto nie ma jaj, by powiedzieć komuś "nie".
Nie chcę być z kimś kto będzie starał się mnie małymi kroczkami izolować od znajomych, chcąc mnie mieć tylko dla siebie (używając bylejakiego pretekstu).
Nie chcę być z kimś kto na zawołanie potrafi zapłakać - nieważne czy mają to być wyreżyserowane łzy radości czy potwornego smutku. Z kimś kto manipuluje moimi uczuciami.
Nie chcę być z kimś dla kogo najważniejsza jest kariera, znajomości, układy i kontakty.
Nie chcę być piękną zdobyczą u Twojego boku, którą fajnie się pochwalić.

Chcę żyć prawdziwie.
Chcę być z kimś z kim zbuduję związek oparty na obustronnym zaufaniu i szczerości
Chcę aby łączyło mnie z kimś czyste, prawdziwe uczucie.
Chcę być z kimś, kto składając mi przysięgę małżeńską będzie wiedział, co oznacza słowo "obiecuję" i będzie o obietnicy pamiętał całe życie.
Chcę być z kimś kto ma jaja i potrafi odmówić kiedy wie, że "tak" może mnie zaboleć i naruszyć fundamenty naszego związku.
Chcę być z kimś kto jest prawdziwy, nie gra, jest sobą.
Chcę być z kimś kto będzie potrafił się mną dzielić z moimi przyjaciółmi.
Chcę być z kimś dla kogo najważniejsza jest rodzina i przyjaźń. Dobro, po prostu.
Chcę być z kimś dla kogo będę wszystkim.

Biegłam rozpędzona przed siebie. Mając w głowie wszystkie te cudowne chwile, te które były, i te które miały dopiero być przed nami. Na szczęście zorientowałam się w odpowiednim momencie, że z Twojej strony to była tylko gra, choć z mojej strony wszystko było szczere.

"[...] nie wiem co mam napisać, to był piękny czas po prostu" (12.02.2017)


W tym przypadku żadnego bisu nie będzie.

*przytoczone cytaty pochodzą z mojego wirtualnego pamiętnika