Strony

wtorek, 27 grudnia 2016

Podsumowanie roku 2016

To był dla mnie rok pełen zmian i zawirowań.

Czas porządkowania swojego życia, spełnienia kolejnych marzeń, poznawania nowych ludzi. Czas zachwytów i rozczarowań. Sukcesów i porażek. Zalewania się łzami ze śmiechu i płaczu z powodu cierpienia. Czas bliskości i tęsknoty.

Przede wszystkim jestem z siebie dumna. Za to jakim człowiekiem jestem, kim są moi przyjaciele i w jakim miejscu się znajduję. Że nie zatrzymałam się i nie zawróciłam, ale poszłam dalej przed siebie pozostając wierna swoim wartościom i przekonaniom.

Jestem dumna, bo nie uległam presji otoczenia, nie dałam sobie wmówić czyichś poglądów i podejmowałam decyzje w zgodzie ze sobą. I [tutaj miejsce na fanfary] nauczyłam się być asertywna. Potrafię odmawiać i nie czuć się winna i naprawdę jest mi z tym bardzo dobrze.

Nauczyłam się silniej przeżywać emocje i nie dusić ich w sobie. Umiem przyznać się do błędu, głośno powiedzieć "przepraszam", ale też zawzięcie bronić swojego zdania. Potrafię kulturalnie zakończyć spotkanie, które nic nie wnosi do mojego życia zamiast świecić oczami i udawać, że się dobrze bawię.

Stałam się od nikogo niezależnym scenarzystą swojego życia, chociaż nie zawsze mam wszystko zaplanowane - często daję się ponieść chwilom.

Zaczęłam rozróżniać miłość od przywiązania, przyjaźń od zwykłej znajomości, pasję od pracy, determinację od głupiego uporu, prawdziwe szczęście od szczęścia dla poklasku. Zaczęłam doceniać coś co kiedyś byłoby przeze mnie niezauważone.

Zrozumiałam, że najważniejszym wyzwaniem w życiu jest poznanie siebie. I życie dla siebie. Nie na pokaz. Nie dla innych. Nie, żeby się komuś podobać. Nie, żeby zgarnąć więcej lajków na Instagramie.

Dla siebie.
Żeby codziennie rano patrząc w lustrze widzieć uśmiechniętą kobietę.


Taka jestem w roku 2016.


niedziela, 18 grudnia 2016

O życiu, związkach i facetach oczami singielki

Z życia singielki:

Stało się.
Wielka, piękna miłość umarła. Może tak się kocha tylko raz, może więcej, może to nie było to, a może było, ale po prostu się spie*dzieliło, bo o to nie zadbaliśmy. I już nigdy czegoś takiego nie przeżyjemy.

Bo zabrakło nam chęci zmian, bo byliśmy egoistami, bo chcieliśmy zmieniać drugą osobę a w sobie nie widzieliśmy problemu. Bo chcieliśmy być wolni emocjonalnie. A może po prostu do siebie nie pasowaliśmy, ale dużo czasu zajęła Wam decyzja, żeby dopuścić rozsądek przed serducho.

No to jesteśmy wolni. Zbaczamy z jednej, wspólnie obranej drogi, każdy idzie w swoją stronę. Ku ogromnego zdziwieniu wszystkich wokół ("rozstaliście się?", "byliście moją ulubioną parą", "tak do siebie pasowaliście" itd..). Właściwie to sami jesteście zdziwieni, że bez żadnej WIELKIEJ / STRASZNEJ / TRAUMATYCZNEJ i DRAMATYCZNEJ przyczyny po prostu postanowiliście to zakończyć. W dzisiejszych czasach to takie nietypowe, bo prowodyrem musi być ta trzecia osoba, a może nawet dwie (po jedną na jednego partnera). Ale nie w Waszym przypadku, dlatego to budzi takie zainteresowanie Twoich przyjaciół, rodziny oraz innych ludzi, których gówno to powinno obchodzić. Ale ludzie zawsze będą ciekawi - gdzie pracujesz, ile zarabiasz, czym jeździsz i jak wygląda Twoje życie osobiste.

Chciałam się podzielić moimi spostrzeżeniami z rocznego okresu singlowania.. Uwierzcie mi, prowadzę teraz tzw. happy single life i nie potrzebuję żadnego faceta obok siebie do szczęścia. I jak cholernie mnie wkurza, gdy ludzie mi wmawiają "aa tak tylko gadasz, wiadomo że chciałabyś być z kimś, single zawsze tak mówią". Nie, bo gdybym czuła się samotna to bym to powiedziała na głos. Gdybym chciała być z kimś to bym tego nie ukrywała.

I tak, jestem szczęśliwa. Teraz i tu. Sama ze sobą. Zaczynam doceniać rzeczy, których wcześniej nie doceniałam.

Po naszym rozstaniu trochę czasu zajęło mi poukładanie sobie w głowie tego wszystkiego, prawie 6 lat to kawał czasu, więc nie było lekko. Ale w końcu stanęłam na nogi.

I zaczęłam poznawać facetów

I zaczęłam chodzić na randki.

I się kur*a załamałam.

Oczywiście tu jestem winna wyjaśnienia, bo przecież przed chwilą gadałam o happy single life, a tu piszę o randkach i facetach. Myślicie sobie - i gdzie tu logika??

Już tłumaczę. Uwielbiam poznawać nowych ludzi, nigdy nie miałam z tym problemu i teraz też się to nie zmieniło. Ale to, że się z kimś umówię na kawę (no dobra, herbatę, bo kawy nie piję) nie oznacza od razu, że snuję jakieś wizje siebie w białej sukni przed ołtarzem. Zachowuję dystans, miło spędzam czas i to wszystko. Jak poznam tę właściwą osobę i nadejdzie ta właściwa chwila to pewnie moje podejście się zmieni. Nie mam parcia w tym temacie. Samotność (choć to słowo kojarzy się wszystkim negatywnie) mi odpowiada. A, że lubię pić herbatę... ;) Więc tak... bycie szczęśliwym singlem, któremu odpowiada samotność nie wyklucza spotykania się z facetami.

No dobrze, wróćmy do tematu.

To co się stało z ludźmi w obecnych czasach to jest naprawdę jakaś przesada. Nie mówię, że tylko z facetami, bo z kobietami również. Patrzę, słucham, uczestniczę w tym śmietniku i nie wierzę. Cholera. Jak trudno dzisiejszemu facetowi otworzyć przed kobietą drzwi? Jak trudno dzisiejszej kobiecie jest wyjść z domu bez tony makijażu, który zmienia ją w całkowicie inną osobę? Jak trudno dzisiejszemu facetowi pomylić bycie pewnym siebie i szarmanckim z arogancją i buractwem? Jak trudno dzisiejszej kobiecie pokazać, że jest delikatna, ciepła i przyznać, że kompletnie nie wie co się dzieje pod maską jej samochodu?

Granice się zacierają, faceci stają się bardziej kobiecy i analogicznie kobiety stają się bardziej męskie. Coś mi tu nie gra, coś mi tu nie pasuje, a przede wszystkim to ja nie pasuję do tego świata. Wydaje mi się, że wpadliśmy w błędne koło - nie pozwalamy facetom być prawdziwymi facetami, a oni nie pozwalają nam być prawdziwymi kobietami. Cyrk. Czy poza mną ktoś inny też dostrzega ten absurd? :P


Nie chcę chodzić z facetem na manicure ani pożyczać mu moich ulubionych spodni rurek.

Ja się na to nie piszę.