Strony

wtorek, 27 grudnia 2016

Podsumowanie roku 2016

To był dla mnie rok pełen zmian i zawirowań.

Czas porządkowania swojego życia, spełnienia kolejnych marzeń, poznawania nowych ludzi. Czas zachwytów i rozczarowań. Sukcesów i porażek. Zalewania się łzami ze śmiechu i płaczu z powodu cierpienia. Czas bliskości i tęsknoty.

Przede wszystkim jestem z siebie dumna. Za to jakim człowiekiem jestem, kim są moi przyjaciele i w jakim miejscu się znajduję. Że nie zatrzymałam się i nie zawróciłam, ale poszłam dalej przed siebie pozostając wierna swoim wartościom i przekonaniom.

Jestem dumna, bo nie uległam presji otoczenia, nie dałam sobie wmówić czyichś poglądów i podejmowałam decyzje w zgodzie ze sobą. I [tutaj miejsce na fanfary] nauczyłam się być asertywna. Potrafię odmawiać i nie czuć się winna i naprawdę jest mi z tym bardzo dobrze.

Nauczyłam się silniej przeżywać emocje i nie dusić ich w sobie. Umiem przyznać się do błędu, głośno powiedzieć "przepraszam", ale też zawzięcie bronić swojego zdania. Potrafię kulturalnie zakończyć spotkanie, które nic nie wnosi do mojego życia zamiast świecić oczami i udawać, że się dobrze bawię.

Stałam się od nikogo niezależnym scenarzystą swojego życia, chociaż nie zawsze mam wszystko zaplanowane - często daję się ponieść chwilom.

Zaczęłam rozróżniać miłość od przywiązania, przyjaźń od zwykłej znajomości, pasję od pracy, determinację od głupiego uporu, prawdziwe szczęście od szczęścia dla poklasku. Zaczęłam doceniać coś co kiedyś byłoby przeze mnie niezauważone.

Zrozumiałam, że najważniejszym wyzwaniem w życiu jest poznanie siebie. I życie dla siebie. Nie na pokaz. Nie dla innych. Nie, żeby się komuś podobać. Nie, żeby zgarnąć więcej lajków na Instagramie.

Dla siebie.
Żeby codziennie rano patrząc w lustrze widzieć uśmiechniętą kobietę.


Taka jestem w roku 2016.


niedziela, 18 grudnia 2016

O życiu, związkach i facetach oczami singielki

Z życia singielki:

Stało się.
Wielka, piękna miłość umarła. Może tak się kocha tylko raz, może więcej, może to nie było to, a może było, ale po prostu się spie*dzieliło, bo o to nie zadbaliśmy. I już nigdy czegoś takiego nie przeżyjemy.

Bo zabrakło nam chęci zmian, bo byliśmy egoistami, bo chcieliśmy zmieniać drugą osobę a w sobie nie widzieliśmy problemu. Bo chcieliśmy być wolni emocjonalnie. A może po prostu do siebie nie pasowaliśmy, ale dużo czasu zajęła Wam decyzja, żeby dopuścić rozsądek przed serducho.

No to jesteśmy wolni. Zbaczamy z jednej, wspólnie obranej drogi, każdy idzie w swoją stronę. Ku ogromnego zdziwieniu wszystkich wokół ("rozstaliście się?", "byliście moją ulubioną parą", "tak do siebie pasowaliście" itd..). Właściwie to sami jesteście zdziwieni, że bez żadnej WIELKIEJ / STRASZNEJ / TRAUMATYCZNEJ i DRAMATYCZNEJ przyczyny po prostu postanowiliście to zakończyć. W dzisiejszych czasach to takie nietypowe, bo prowodyrem musi być ta trzecia osoba, a może nawet dwie (po jedną na jednego partnera). Ale nie w Waszym przypadku, dlatego to budzi takie zainteresowanie Twoich przyjaciół, rodziny oraz innych ludzi, których gówno to powinno obchodzić. Ale ludzie zawsze będą ciekawi - gdzie pracujesz, ile zarabiasz, czym jeździsz i jak wygląda Twoje życie osobiste.

Chciałam się podzielić moimi spostrzeżeniami z rocznego okresu singlowania.. Uwierzcie mi, prowadzę teraz tzw. happy single life i nie potrzebuję żadnego faceta obok siebie do szczęścia. I jak cholernie mnie wkurza, gdy ludzie mi wmawiają "aa tak tylko gadasz, wiadomo że chciałabyś być z kimś, single zawsze tak mówią". Nie, bo gdybym czuła się samotna to bym to powiedziała na głos. Gdybym chciała być z kimś to bym tego nie ukrywała.

I tak, jestem szczęśliwa. Teraz i tu. Sama ze sobą. Zaczynam doceniać rzeczy, których wcześniej nie doceniałam.

Po naszym rozstaniu trochę czasu zajęło mi poukładanie sobie w głowie tego wszystkiego, prawie 6 lat to kawał czasu, więc nie było lekko. Ale w końcu stanęłam na nogi.

I zaczęłam poznawać facetów

I zaczęłam chodzić na randki.

I się kur*a załamałam.

Oczywiście tu jestem winna wyjaśnienia, bo przecież przed chwilą gadałam o happy single life, a tu piszę o randkach i facetach. Myślicie sobie - i gdzie tu logika??

Już tłumaczę. Uwielbiam poznawać nowych ludzi, nigdy nie miałam z tym problemu i teraz też się to nie zmieniło. Ale to, że się z kimś umówię na kawę (no dobra, herbatę, bo kawy nie piję) nie oznacza od razu, że snuję jakieś wizje siebie w białej sukni przed ołtarzem. Zachowuję dystans, miło spędzam czas i to wszystko. Jak poznam tę właściwą osobę i nadejdzie ta właściwa chwila to pewnie moje podejście się zmieni. Nie mam parcia w tym temacie. Samotność (choć to słowo kojarzy się wszystkim negatywnie) mi odpowiada. A, że lubię pić herbatę... ;) Więc tak... bycie szczęśliwym singlem, któremu odpowiada samotność nie wyklucza spotykania się z facetami.

No dobrze, wróćmy do tematu.

To co się stało z ludźmi w obecnych czasach to jest naprawdę jakaś przesada. Nie mówię, że tylko z facetami, bo z kobietami również. Patrzę, słucham, uczestniczę w tym śmietniku i nie wierzę. Cholera. Jak trudno dzisiejszemu facetowi otworzyć przed kobietą drzwi? Jak trudno dzisiejszej kobiecie jest wyjść z domu bez tony makijażu, który zmienia ją w całkowicie inną osobę? Jak trudno dzisiejszemu facetowi pomylić bycie pewnym siebie i szarmanckim z arogancją i buractwem? Jak trudno dzisiejszej kobiecie pokazać, że jest delikatna, ciepła i przyznać, że kompletnie nie wie co się dzieje pod maską jej samochodu?

Granice się zacierają, faceci stają się bardziej kobiecy i analogicznie kobiety stają się bardziej męskie. Coś mi tu nie gra, coś mi tu nie pasuje, a przede wszystkim to ja nie pasuję do tego świata. Wydaje mi się, że wpadliśmy w błędne koło - nie pozwalamy facetom być prawdziwymi facetami, a oni nie pozwalają nam być prawdziwymi kobietami. Cyrk. Czy poza mną ktoś inny też dostrzega ten absurd? :P


Nie chcę chodzić z facetem na manicure ani pożyczać mu moich ulubionych spodni rurek.

Ja się na to nie piszę.



poniedziałek, 26 września 2016

Kulisy pracy w branży eventowej cz. I


Pięć dni temu minęło mi równe pół roku od kiedy rozpoczęłam swoją przygodę w branży eventowej - początkowo na stanowisku Asystentki Event Managera, obecnie pracuję jako Junior Project Manager w tej samej firmie. Jeszcze rok temu marzyłam o pracy przy organizacji imprez - dzisiaj mam zbiór półrocznych doświadczeń i wrażeń za sobą. Jednak cały czas się uczę, cały czas coś mnie zaskakuje. I choć UWIELBIAM swoją pracę (tak wiem, to trochę nienormalne i nietypowe żywić takie uczucia do pracy) to oczywiście jak każda inna ma ona również swoje minusy. Bazując na własnych odczuciach postaram się przybliżyć Wam jak wygląda sprawa organizacji eventu "od kuchni".

Dlaczego?
Pomimo tego, że będąc jeszcze na studiach przeczytałam książkę pt. "Organizacja imprez" - Judy Allen, która uchodzi za swoistą biblię eventowców tak naprawdę nie wprowadziła mnie ona wystarczająco dobrze w ten świat. Wydawało mi się, że organizacja firmowych imprez to bułka z masłem - zwłaszcza dla kogoś kto łatwo odnajduje się w nowym środowisku - tak jak ja. 

Ale...
To nie wygląda tak jak w moich (i za pewne Waszych) wyobrażeniach. Duże imprezy wiążą się z napraaawdę długimi i czasochłonnymi przygotowaniami. Co powiecie na to, że już we wrześniu stratują pierwsze spotkania w sprawie Festiwalu Gwiazd, który odbywa się przecież w lipcu? Ten jeden przykład pokazuje Wam złożoność tej branży - dużych imprez nie da się zaplanować na dwa tygodnie przed realizacją

Ponieważ...
To nie jest grill ze znajomymi - gdzie wystarczy miejsce, grill z akcesoriami, paczka mięsa, alkohol i kilkoro przyjaciół. Organizację imprez zaczyna się od spotkania z klientem, omówienia jego oczekiwań, a także zaznajomienia się z budżetem przeznaczonym na imprezę. Posiadając takie informacje możemy przystąpić do działania czyli wyszukać, sprawdzić dostępność oraz koszty i zaproponować odpowiednią lokalizację, firmę cateringową, oprawę artystyczną, program imprezy, zaplecze techniczne, konferansjera, fotografa, dodatkowe atrakcje, transport, osoby do obsługi eventu itd. przy czym musimy spiąć to wszystko razem tworząc kosztorys, który zmieści się w budżecie klienta - a jeszcze lepiej jak będzie sporo niższy. 

Aczkolwiek...
Na tym nie koniec. Bo to, że przygotowaliśmy bogatą ofertę spełniającą oczekiwania klienta nie oznacza, że teraz pozostaje nam czekać na event. Byłoby wspaniale, ale rzeczywistość jest nieco inna. Teraz czekamy na feedback czyli informację zwrotną. Co by chciał zmienić, co wyrzucić z oferty a co dodać. A może wysłał zapytanie do kilku agencji eventowych i wybrał inną firmę na realizację swojej imprezy? Ja nie wyolbrzymiam - tak po prostu jest. Jeśli jednak klient zdecydował się na współpracę z nami, ale ma pewne obiekcje - działamy dalej czyli

Szukamy...
Alternatyw. Modyfikujemy ofertę kilkukrotnie, tak by finalnie spotkała się z akceptacją. Co oznacza modyfikujemy ofertę? Wracamy do punktu wyjścia czyli: wyszukujemy, sprawdzamy dostępność i wrzucamy do kosztorysu. Aczkolwiek w chwili akceptacji oferty nie oznacza to, że odkładamy projekt w kąt i przypominamy sobie o nim dopiero w dniu realizacji. Nie. Cały czas jesteśmy na linii - czyli do dyspozycji klienta.

Chociaż...
Nie zapominajmy, że dobre agencje eventowe nie pracują przez pół roku tylko nad jednym projektem. W międzyczasie realizujemy mnóstwo innych imprez (czasami dwie w ciągu jednego dnia) oraz przygotowujemy oferty dla innych klientów. Wolny weekend w lato? A co to takiego? :)

I wreszcie...
Przychodzi dzień realizacji! Zazwyczaj jesteśmy niewyspani, bo dzień lub dwa wcześniej zaczęły się montaże techniki estradowej i inne. No ale przecież nie możemy pokazać po sobie zmęczenia - uśmiech od ucha do ucha (nieważne, że spaliśmy tylko 3 godziny) + dużo kofeiny i działamy od samego świtu, chociaż impreza zaczyna się wieczorem. Pracy jest bardzo dużo, bo musimy dopilnować, żeby podwykonawcy zjawili się na czas, oraz żeby wszystko było zgodne z ofertą - a składowych jest wiele. I tak samo wiele może się pojawić problemów, które należy sprawnie rozwiązać nie wprowadzając zbędnego zamieszania i napięcia  - zarówno przed jak i w trakcie realizacji.

A gdy event się już skończył...
Nie idziecie do domów tak jak uczestnicy imprezy. Nie. Bo Wasza praca jeszcze się nie skończyła. Tak samo jak koordynowaliście montaże podwykonawców- tak samo trzeba dopilnować demontaży- zazwyczaj przy blasku księżyca ;)

Mogłabym pisać godzinami, ale jak na pierwszy raz myślę, że i tak wpis jest długi. Będą jeszcze kolejne części, już wkrótce... :)

Dobry wieczór, witam w świecie eventowców ! :)



środa, 21 września 2016

Sesja ciążowa z Ewą

Półtora tygodnia temu udało mi się zabrać koleżankę ze szkolnej, licealnej ławki (kiedy ten czas zleciał ja się pytam?!) na sesję ciążową. W końcu ktoś dał się namówić na leśną scenerię o której od tak dawna myślałam. Minimalne światło po zachodzie słońca, stare drzewa i Ewa- wyszło klimatycznie, trochę tajemniczo, niecodziennie. Mi się podoba.











Piękna, prawda?

To chyba nie jest ściema, że chłopcy dodają kobiecie uroku - Ewcia wygląda fenomenalnie!


wtorek, 6 września 2016

Jak być szczęśliwym ?

Cześć i czołem! Witam po długiej przerwie - niestety praca w branży eventowej daje się we znaki (szczególnie latem). Na szczęście (a może i nieszczęście, bo lubię żyć w biegu :P) nadszedł czas kiedy mogę wieczorem spokojnie usiąść przy komputerze i odświeżyć mojego bloga. Dzisiaj Was zapraszam na wpis o tym jakie czynniki sprawiają, że czuję się naprawdę szczęśliwa. To co? Zaczynamy? :)


1. Przyjaciele - bez nich mój świat byłby nudny! Bo z kim mogłabym śmiać się do łez, rozmawiać o problemach, realizować moje szalone pomysły, do kogo mogłabym wpraszać się na obiad, wysyłać durne zdjęcia lub spędzać leniwe niedziele, kiedy ma się ochotę wyłącznie na leżenie do góry brzuchem? I choć nie mam problemów w nawiązywaniu nowych relacji to tak naprawdę niewiele jest osób, którym ufam bezgranicznie i które znają mnie lepiej niż mogłoby to się wydawać stosowne. I właśnie wśród nich czuję się jak ryba w wodzie - bo pomimo wieku mogę dalej pajacować jeśli mam na to ochotę i wiem, że nikt krzywo się nie spojrzy tylko ewentualnie do mnie dołączy :D

2. Rodzina - rodzinę się docenia kiedy nie ma jej blisko. Nie zapomnę nigdy pierwszych świąt Bożego Narodzenia na emigracji kiedy popłakałam się jak dziecko... Pomimo starań i długich przygotowań czułam się jakbym oszukiwała z tymi świętami samą siebie - i wtedy puściły emocje. Dlatego teraz, pomimo niezłego tempa w moim życiu staram się jak najczęściej odwiedzać dziadków, czy rozmawiać z rodzicami. W końcu, mając rodzinę blisko, czuję, że jestem we właściwym miejscu, że jestem w DOMU. 

3. Czas wyłącznie dla samej siebie - uwierzcie mi, że znalezienie takiego czasu graniczy u mnie z cudem. A to dlatego, że mam masę znajomych:
a) z którymi uwielbiam się spotkać ale
b) zaniedbałam ich ze względu na intensywną pracę więc
c) teraz nadrabiam zaległości towarzyskie
Ale pomimo tego mam takie dni (no dobra, zazwyczaj niecałe :P), że po prostu mam ochotę się od wszystkich odciąć i skupić na samej siebie. Wyjechać na wieś, poczytać książkę, zrobić maseczkę na włosy, poleżeć plackiem na działce czy obejrzeć kilka odcinków ulubionego serialu. Takie chwile  sam na sam ze sobą pozwalają mi się wyciszyć i zachować wewnętrzną równowagę. 

4. Podróżowanie - każdy kto mnie zna choć trochę wie, że uwielbiam podróżować i bywać w nowych miejscach. I choć ostatnie cztery lata z rzędu w okresie wakacyjnym wyjeżdżałam za granicę w to lato udało mi się skoczyć jedynie na weekend do Gdańska i Wrocławia. Ale nawet takie dwa krótkie wyjazdy uradowały moje serducho, oczy i niekoniecznie wątrobę (If You know what I mean... :D). Wspaniałe widoki, doborowe towarzystwo, zwiedzanie połączone z rekreacją to coś co uwielbiam :) Nieważne gdzie wyjeżdżam, ważna jest podróż sama w sobie ;)

5. Próbowanie nowych rzeczy - choć łatwo sprawić mi radość niestety szybko się nudzę. Dlatego też lubię eksperymentować i próbować nowości. Potrawa której nigdy nie jadłam? Ciasto którego nigdy nie piekłam? Sport, którego nigdy nie uprawiałam? Gatunek książki po którą kiedyś nawet bym nie sięgnęła? To tylko nieliczne przykłady pokazujący w jaki sposób urozmaicam sobie życie. Rutyna jest nudna!

6. Marzenia - są po to by je realizować! Nigdy nie zapomnę jak około półtora roku temu na pytanie kolegi (jeszcze w Anglii) gdzie bym chciała pracować odpowiedziałam "przy organizacji imprez". I proszę bardzo - teraz właśnie się tym zajmuję. Marzenia (w postaci celów) są moim motorkiem napędowym w życiu; wychodzę z założenia, że jeśli naprawdę czegoś pragniemy to jesteśmy w stanie to zdobyć. Choć nie mam na to recepty to uważam, że proces realizacji marzeń zaczyna się w naszych głowach, dlatego warto od samego początku nastawić się na wygraną i dziaaałać :) Bez odkładania tego na KIEDYŚ. 

7. Pogodzenie się z przeszłością - wiem, że czasem bywa to trudne, ale niestety nie osiągniemy pełni szczęścia, jeśli nie zamkniemy poprzednich rozdziałów z naszego życia. Nie mam na myśli całkowitego odcięcia się od tego co było, bo przeszłość jest zbiorem naszych doświadczeń, tylko o zaakceptowanie przeszłości, naszych i czyichś wyborów. Nie bądźmy niewolnikami naszej przeszłości na własne życzenie.

8. Satysfakcja zawodowa - żadne pieniądze nie są w stanie uszczęśliwić człowieka, jeśli robi coś czego po prostu nie lubi. Zbyt wiele z nas jest nastawionych na konkretne kwoty finansowe nie mając przy tym bogatego doświadczenia czy odpowiednich kwalifikacji. Marnujemy się zatem na posadach, które nas nie spełniają, ale są bardziej opłacalne, zamiatając pod dywan nasze prawdziwe ambicje. A później uważamy, że "jest już za późno/ jesteśmy za starzy" żeby zacząć od nowa w wymarzonej branży. Ja postawiłam wszystko na jedną kartę - zaczęłam od zera w branży zajmującą się organizacją firmowych imprez i wiecie co? Okazuje się, że to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu :)  (choć teraz się martwię, czy nie popadam już w pracoholizm... :P)





A Ty? Jesteś szczęśliwa/y?

Buziaki! Do zobaczenia następnym razem!

niedziela, 7 sierpnia 2016

Przepis na sałatkę ze szpinakiem, pomidorkami koktajlowymi, szynką szwarcwaldzką, mozzarellą, oliwkami i sosem balsamicznym

Witam witam,

Dzisiaj na szybko wrzucam przepis na pyszną sałatkę, która wbrew niepozornym składnikom jest bardzo sycąca i... pyszna  :) A do tego błyskawicznie szybka w przygotowaniu- także jeśli nie macie zbyt wiele czasu na gotowanie to polecam serdecznie :)

Poniżej wypiszę składniki na 1 porcję:
-1/3 opakowania świeżego szpinaku
-3 plasterki szynki szwarcwaldzkiej
-6 pomidorków koktajlowych/cherry pokrojonych na pół
-6 czarnych oliwek pokrojonych na pół
-1/3 mozarelli pokrojona w kostkę
-sól i pieprz
-sos balsamiczny



Przygotowanie:
Zgadnijcie :D hahaha. Myjemy pomidorki i liście szpinaku i... wszystkie składniki lądują na talerzu :) Polewamy sosem balsamicznym, doprawiamy solą i pieprzem i gotowe!




Smacznego! :)

niedziela, 3 kwietnia 2016

Relax and enjoy the views


Na dzisiaj przygotowałam trochę zdjęć, które udało mi się zrobić w minionym miesiącu :) Nie powiem- marzec był dla mnie mega przyjemnym miesiącem a wszystko dlatego, bo...



Weekend przed świętami spędziłam z moją mamą i siostrą we wspaniałym SPA BaltiCliff w Niechorzu. Pomijając plusy z tego płynące (takie jak masaże, jacuzzi, sauny wszelkiego typu itp.) najbardziej ucieszyłam się z możliwości spacerowania słuchając szumu fal...  Morze działa na mnie w magicznie relaksujący sposób bez względu na porę roku. Jak dobrze, że Szczecin leży nad morzem ;) hahaha.









Choć pogoda nas nie rozpieszczała to i tak naładowałam na maksa baterie i wróciłam do domu pełna energii i chęci do działania :-)
Z kolei w świąteczny weekend wyskoczyłam z moją siostrą, kuzynką i lustrzanką na przejażdżkę przed siebie- i trafiłyśmy do naprawdę prześlicznego miejsca na wsi- tylko spójrzcie na to sporej powierzchni jezioro otoczone gęstym lasem. Coś pięknego!




Dlatego też nie obyło się bez kilku zdjęć :-)



Tak jak w przypadku Niechorza tutaj również w roli głównej poncho, które jest idealne na tę porę roku :-)

A poniżej- siostra czy kuzynka?



Kuzynka <3 Chyba ją wyślę do jakiejś agencji modelek czy coś, fotogeniczny skubaniec no!


Świąteczny czas umilał mi ten oto kocurek, który jest chyba najbardziej przytulaskowym kotem na świecie, przysięgam :D


A jeśli dorzucimy do tego taki widoczek zza okna, w moim pokoju (u dziadków) na poddaszu to już w ogóle idzie się rozpłynąć ze szczęścia :)


Z kolei w piątek (tak, to już nie marzec :P) udało mi się wyskoczyć z moją przyjaciółką i jej narzeczonym nad wodę, żeby zrobić im zdjęcie do zaproszeń ślubnych w takiej oto scenerii:




Podsumowując- w końcu zagościła prawdziwa wiosna. Mam nadzieję, że przyniesie mi ona dużo pozytywnych zmian i spokój ducha, bo ostatnio na tym zależy mi najbardziej. :)

środa, 16 marca 2016

Cztery ulubione kosmetyki wieczornej pielęgnacji

W dzisiejszym poście chciałabym Wam przedstawić moją nocną (ale też mocną haha) czwórkę wspaniałych- i mam tu na myśli kosmetyki, które wyjątkowo mi służą w pielęgnacji na zakończenie każdego dnia.

Proszę bardzo oto i oni:


Żeby ten wpis był bardziej wiarygodny zamierzam przedstawić każdego mojego mistrza z bliska. Zaczynamy?

1. Kiehl's Creamy Eye Treatment with Avocado - odżywka pod oczy z awokado (14ml/ ok. 120zł)


W swoim życiu miałam już kilka podejść z kremami pod oczy, jednak z żadnym nie zakolegowałam się na dłużej. W przypadku tego produktu moje podejście całkowicie się zmieniło- teraz sobie nie wyobrażam wieczornej pielęgnacji bez nałożenia kosmetyku pod oczy! Stosowanie tego kremu (odżywki) to sama przyjemność- ja nakładam go punktowo pod oczami a następnie za pomocą palców serdecznych delikatnie go wklepuję, przy czym też najeżdżam na powiekę górną. Staram się nie robić tego zbyt blisko oczu, ponieważ krem jest na tyle gęsty, że skóra go sama zabsorbuje bez narażania na podrażnienie śluzówek. Jak już wspominałam- jego konsystencja jest gęsta, zwarta, lepka, w szalonym kolorze środka awokado, jednak produkt bardzo dobrze współpracuje z dłońmi przy nakładaniu. Idealnie nawilża skórę wokół oczu, dzięki niemu nasze poranne spojrzenie wygląda na bardziej wypoczęte i świeże. Bardzo go lubię, to już moje drugie opakowanie i wiem że na dwóch się nie skończy. Jest bardzo wydajny, mniejsze opakowanie (14ml) wystarcza na równe pół roku czyli na tak długo jak długo po otwarciu kosmetyk zachowuje swoje właściwości.

2. Vichy Aqualia Thermal Riche - nawilżający krem kojący skórę o bogatej konsystencji (50ml/ ok. 60zł)



Jest zdecydowanym faworytem jeśli chodzi o konkretne nawilżanie skóry. Moja cera jest w zależności od pory roku- mieszana w kierunku suchej bądź po prostu sucha. Niezależnie od tego na jakim poziomie wysuszenia obecnie się znajduje. ten krem jest jej przyjacielem. I choć zdarzało się niejednokrotnie, że próbowałam go zdradzić z innymi to zawsze wracam do niego. Uwielbiam go także w okresie letnim- idealnie się sprawdza w roli opatrunku na skórę narażoną na wielogodzinne przebywanie na słońcu (ale żeby nie było, zawsze to robię z filtrem na twarzy). Koi, nawilża, zmiękcza skórę, staje się ona bardziej elastyczna, no po prostu piękniejsza. Niweluje suche skórki, dzięki czemu nasz makijaż wygląda znacznie lepiej, świeżej. Ostatnio spróbowałam też wersję light tego kremu i niestety jak na nocną pielęgnację to właściwości miał za słabe za to świetnie sprawdził się pod makijaż- czyli w procesie pielęgnacji porannej. Także chylę czoła i przymierzam się do przetestowania kilku innych produktów z serii Aqualia Thermal.


3. Kiehl's Midnight Recovery Concentrate - regenerujące serum na noc (30ml/ ok. 180zł)


Jeśli lubicie rozświetloną cerę, pełną blasku to myślę, że ten kosmetyk byłby dla Was niewątpliwym hitem!!! Naprawdę długo przymierzałam się do jego zakupu ze względu na odstraszającą cenę, ale kiedy już go kupiłam i zaczęłam używać to.. przepadłam. Moja skóra nigdy wcześniej nie była taka piękna i nie zebrałam nigdy tylu komplementów, że promienieję (nawet jeśli byłam cholernie niewyspana haha). Naprawdę uważam, że ten kosmetyk w postaci olejku czyni cuda, choć czytałam opinie, że albo się go kocha albo nienawidzi. Ja na szczęście (a na nieszczęście dla mojego budżetu) się z nim pokochałam :D Sprawdza się zarówno solo jak i w duecie z kremem (najpierw serum później krem) w zależności od potrzeb naszej skóry. Uwielbiam jego zapach, a używanie tego produktu jest dla mnie mega przyjemnym, relaksującym doświadczeniem- dołączona pipetka umożliwiająca aplikację (wystarczą 3-4 krople by użyć serum na całą twarz) jest genialna! Jeśli chodzi o wydajność to też jest to zdecydowany atut kosmetyku. Myślę, że mniejsza buteleczka (której jestem posiadaczką) - 30ml wystarczy na ponad rok regularnego stosowania serum. Ważne jest, że olejek zachowuje swoje właściwości do 18 miesięcy od daty otwarcia.


4. Clinique 3step Skin Care System, Claryfying Lotion 2 - tonik do cery suchej i normalnej (200ml/ ok. 85zł)


Niestety jeśli chodzi o oczyszczanie skóry to moja pielęgnacja zostawia wiele do życzenia, natomiast staram się jak mogę zmienić podejście- walczę haha. W każdym razie odkąd dodałam do wieczornego rytuału ten tonik, sprawy nieco się rozjaśniły. Wystarczyło już pierwsze użycie, żeby zobaczyć jak wiele zanieczyszczeń zostaje na skórze (a ściślej ujmując na płatku kosmetycznym) pomimo dokładnego zmycia makijażu płynem micelarnym. I choć pierwsze podejścia, zgodnie z tym co wspomina producent nie należą do najprzyjemniejszych ze względu na uczucie szczypania, ściągnięcia skóry, to ostatecznie bardzo się polubiliśmy. Lubię go, ze względu na działanie oczyszczające, delikatnie złuszczające i chłodzące. Według producenta rozświetla też skórę, jednak trudno mi się wypowiedzieć, bo rozświetlenie uzyskuję wyżej opisanym serum. Mimo wszystko uważam, że stanowi idealne dopełnienie wieczornej pielęgnacji. Ogromnym minusem jest zapach- typowy alkohol, ale o tyle dobrze, że szybko się ulatnia. Uważam, że warto spróbować, zwłaszcza jeśli ktoś ma opory do kosmetyków oczyszczających, tonizujących i twierdzi, że jest to zbędny element programu :D


Ok, to już wszystko co chciałam dzisiaj przedstawić. Mam nadzieję, że post okazał się przydatny, jeśli nie dla Was to dla mnie w przyszłości, o ile zdarzy mi się zapomnieć o którymś z tych wspaniałości :) Pozdrawiam i do następnego ! :)