Strony

sobota, 24 stycznia 2015

Welcome HOME

Od 21 stycznia jestem w domu. Siedzę w moim malutkim, ciasnym, aczkolwiek przytulnym pokoju a uśmiech nie schodzi mi z twarzy.  Kiedy jechaliśmy pociągiem i dojeżdżaliśmy do naszego rodzinnego miasta miałam taki mix pozytywnych uczuć jak nigdy. (dodam, że wcześniej nie pałałam wielką miłością do tego miejsca, a tu proszę). Poczułam się jak ryba wpuszczona z powrotem do wody. Tak pewnie, wspaniale, tak naturalnie... Tato, który nas odbierał ze stacji po raz pierwszy wyszedł z samochodu się przytulić (typ człowieka, który raczej nie okazuje uczuć), mama przyszła wieczorem na nocną pogawędkę w łóżku, jak za starych czasów. Kiedy poszłam do starego miejsca pracy wszyscy znajomi mnie obtoczyli i nie mogliśmy się nagadać (a ja nie mogłam wyjść z tamtąd) :D Szłam po chodniku i uśmiechałam się sama do siebie. JESTEM W DOMU. Wszyscy mówią w ojczystym języku, znam każdą ulicę, w sklepach spożywczych wiem co gdzie jest i jak się nazywa (jak jest bułka tarta po angielsku?- chyba z 20 minut szukaliśmy tego produktu w Anglii za pierwszym razem i akurat nie mieliśmy połączenia z internetem w telefonie). Mam przyjaciółkę za ścianą, do której wieczorem zawsze mogę pójść w najbrzydzszych ciuchach świata i z artystycznym nieładem na głowie. Wczoraj zrobiłam imprezę z okazji moich 23 (jak to, JUŻ ???) urodzin... zebrałam moich najlepszych, niezawodnych przyjaciół w jednym miejscu i w jednym czasie (no, powiedzmy :D). Nie dość, że samo ich towarzystwo sprawiło mi ogromną radość, to jeszcze dostałam świetne prezenty! Żyć i nie umierać :) Natomiast jutro jadę z rodzicami do mojego małego, własnego raju na ziemi- do babci i dziadka na wieś, gdzie dorastałam, gdzie spędzałam wakacje, ferie. Będąc tam zawsze ładuję baterie na fulla. Nie istnieje dla mnie inne miejsce na Ziemii, gdzie czuję się taka beztroska, kochana i wolna... :) JESTEM W DOMU! Z lodówki aż się wysypuje jedzenie, które mama przygotowała na nasz przyjazd. Na półce leżą wszystkie moje ukochane książki. W swoim łóżku każdego dnia budzę się jak nowo narodzona (poza dniem dzisiejszym :P) Cały czas coś robię, gdzieś latam.. dosłownie LATAM :) nie chcę zwalniać, chcę czerpać jak najwięcej energii z tego otoczenia, które tak dobrze znam.


Prawdopodobnie większość migrantów tak reaguje, tak myśli i tak się czuje kiedy wraca do swojego domu. Z jednej strony cieszę się, że wyleciałam, oczywiście, bo gdyby nie to, to w życiu bym się tak nie czuła jak czuję się teraz. Dla mnie to są prawdziwe wakacje, nie potrzebuję leżeć na plaży i pić drinka, bo ja tutaj również wypoczywam :) Kiedy się przeprowadzaliśmy miałam nieco inne priorytety. Będąc tam trochę to wszystko się poprzewracało do góry nogami... No ale nie chcę, by ten wielki spór między rozumem a sercem wygrało te drugie. To nie jest odpowiedni czas na to, wyleciałam tam po coś, mam CEL i chcę go zrealizować. Myślę, że jak już ten cel zrealizuję, albo będe blisko realizacji to też dużo się pozmienia w mojej głowie.

Myślę, że doskonałym zakończeniem tego posta będzie zdjęcie:


Trzymajcie się a ja zmykam do mojego ukochanego łóżka (wielki, błękitny pluszowy misiek potrzebuje towarzystwa :D)
Buziaki!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz