Strony

środa, 31 grudnia 2014

Podsumowanie roku 2014

Koniec roku to czas przemyśleń, podsumowań i snucia planów na kolejne, nowe miesiące. Nie wiem jak Wy, ale nie jestem osobą, która z dniem 1 stycznia wypisuje sobie na kartce/w pamiętniku listę punktów do zrealizowania. Dla mnie byłoby to zbyt wymuszone. Zdecydowanie bardziej wolę jak nowe cele pojawiają się w mojej głowie ot tak, spontanicznie, z dnia na dzień. I jeśli rzeczywiście są dla mnie istotne to nie ma mowy, żebym o nich zapomniała. Jednakże jeśli jesteście wzrokowcami i potrzebujecie codziennej motywacji w postaci "przypominajki" fajnie jest zrobić mapę marzeń. Ostatnio koleżanka z pracy o tym wspomniała i uważam, że to naprawdę ciekawy pomysł. 

A wracając do rocznych podsumowań... jeny, to naprawdę już?? Pamiętam jak jeszcze na początku listopada zdecydowałam, że dodam takiego posta... KIEDY TO ZLECIAŁO, ja się pytam? :D Czy to możliwe, że im jesteśmy starsi tym czas nam płynie szybciej? Bo takie odnoszę wrażenie.

Zatem, zapraszam Ciebie drogi czytelniku na wspólną wycieczkę wstecz... o jeden rok. Zobaczmy co takiego wydarzyło się w moim życiu, co się zmieniło, jak ten rok na mnie wpłynął... Postaram się wybrać z każdego miesiąca jedno najważniejsze dla mnie wydarzenie:

1. Styczeń
 Jako styczniowa dziewczyna chyba nie muszę pisać, że najbardziej w pamięci utkwiły mi.. moje 22 urodziny! Poza tym, że im jestem starsza tym mniej rozrywkowa te urodziny mój chłopak zaplanował idealnie. (jak widać na zdjęciu :P) Zjedliśmy razem kolację w bardzo klimatycznej restauracji; w międzyczasie jak poszłam do łazienki i wróciłam... znalazłam na stole pudełeczko z biżuterią, dostałam piękny bukiet ogromnych róż- co tu więcej pisać- było IDEALNIE! 


2. Luty
  Wspominam jako miesiąc na nartach... choć w rzeczywistości było to tylko 6 dni :D W każdym razie wtedy zdecydowaliśmy się z moją drugą połówką na wyjazd do Zakopanego z racji tego, że nie żadne z nas nigdy nie jeździło ani na nartach ani na desce. Mieszkaliśmy w pięknym, góralskim pokoju na poddaszu. A wrażenia ze stoku? BEZCENNE. Nigdy, przenigdy nie sądziłam, że to może być taka frajda... Choć mój pierwszy zjazd trwał wieki i wiązał się ze zrezygnowaniem, poobijanym ciałem i prawie płaczem :P Za to każdy kolejny był już co raz lepszy, przynosił więcej frajdy! Dlatego okropnie żałuję, że w tym sezonie nie odwiedzimy gór w tym celu, bo przyjemność jest niesamowita! Kto by pomyślał, że zima może być taka fajna... Do tego grzane wino, oscypki, Krupówki nocą... chcę tam wrócić! Następna zima będzie moja, obiecuję!

3. Marzec 
  Przeglądam swoje zdjęcia marcowe i tak myślę "cholera, nic szczególnego się wtedy nie wydarzyło". Ale czasem każdy człowiek potrzebuje takiej dobrze znanej mu rutyny. Ponieważ wtedy jeszcze mieszkałam w Szczecinie a nie w swoim rodzinnym mieście to jeśli miałam dwa dni wolnego często wracałam do domu, bo.. wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Studenci mieszkający na stancji czy w akademiku pewnie wiedzą o czym mówię. Dlatego tutaj nie wrzucę żadnej wystrzałowej, szalonej foty, jedynie zdjęcie z trasy Szczecin-> rodzinne miasto, która taaaak mi obrzydła przez moją 3letnią karierę studencką. 


4. Kwiecień
  Od czterech lat jest miesiącem moim i Patryka. Bo wtedy, dokładnie siódmego kwietnia mamy rocznicę. I oczywiście w tym roku ją obchodziliśmy... Wszystko byłoby pięknie, chciałabym, żeby w tym miejscu, w tym akapicie były same ochy i achy związane właśnie z moim związkiem, z tym, że tak długo wytrzymałam z moim chłopakiem (i on ze mną), ale niestety ten kwiecień był inny niż pozostałe. Mianowicie dostałam od życia "po pysku". Dosłownie. Dowiedziałam się wtedy, że jedna z osób mojej rodziny jest chora.. na nowotwór. Nie ma słów, które by opisały jak wtedy się czułam. Negatywne myśli całkowicie zaprzątnęły moją głowę, moją codzienność, moją rutynę. Całkowicie rozstroiłam się nerwowo. Nie potrafiłam udźwignąć ciężaru tej informacji. Wszystko stało się inne. Z dziewczyny, która non stop się uśmiecha stałam się pesymistką... świat przestał być kolorowy, stał się szary. Zmieniło się wszystko. Najbardziej chyba moje priorytety.. Zrozumiałam co tak naprawdę jest dla mnie najważniejsze, co daje mi poczucie spełnienia, co mnie uszczęśliwia... Czas stanął dla mnie w miejscu, wyrwałam się ze ślepego pędu ludzi XXI wieku. Zaczęłam doceniać proste rzeczy. Zaczęłam doceniać czas, choćby miały to być wspólne zakupy czy milczenie razem. Z beztroskiej dziewczynki stałam się troskliwą osobą. Taką dla której nie ma dnia, żeby nie zastanawiała się "czy jest dobrze". Taką, która tęskni mocniej niż kiedykolwiek. Mogłabym pisać o tym godzinami, dobrze że nie ma (może jest? :D) limit znaków. To mój życiowy bagaż i choćby nie wiem jak był ciężki będę starała się go udźwignąć!


5. Maj
  W maju jak w raju! Przeglądam zdjęcia majowe i poza tym, że peeełno na nich zdjęć natury ze spacerów to znalazłam także zdjęcie ze wsi gdzie mieszka moja babcia z dziadkiem. Jest to miejsce tak W Y J Ą T K O W E, tak magiczne, że uwielbiam być tam i ładować swoje baterie, by odcinać się od świata, zapominać o problemach, wspominać przeszłość. Czuję się tam na powrót małą dziewczynką, którą cieszy widok kwiatów, psa, kota, kur, pianie koguta o poranku, klekotanie bocianów, widok krów... przejażdżka rowerowa, spacer nad rzekę, zapach kwitnącej czereśni. Zbyt dużo by wymieniać. Ale najważniejsze są dla mnie wspomnienia z dzieciństwa! To one czynią te miejsce wyjątkowym! Dom pełen miłości od babci i dziadka- babcia pomalowana przez kilkuletnie wnuczki, rzekłabym "tragicznie" idzie do sklepu z krzywą kitką na czubku głowy; dziadek wozi nas na sankach; ja i siostra bierzemy miotłę by strącić wiszące sople spod dachu i je lizać (przyznać się kto też tak robił? :D); babcia pozwala nam nabijać produkty na kasę fiskalną u siebie w sklepie, wieczorne (godzina 19) spacery po mleko prosto od krowy (ble!) z dziadkiem, przyklejanie listków lipy na nosy, zawieszanie czereśni jako kolczyki... Babcia zmuszona zjechać z nami ze zjeżdżalni w aquaparku!!! Babcia opowiadająca do snu mi i mojej dwa lata starszej siostrze historie z młodzieńczych lat mojej mamy i jej siostry. Dziadek opowiadający bajkę o ruNcajsie (dopiero kilka dni temu okazało się, że to ruMcajs :D) Przysięgam na wszystko co możliwe, ale to miejsce jest dla mnie tak ważne, tak niesamowite... nie mogę się doczekać aż znów tam będę, zamknę oczy i do mojej głowy napłynie masa pięknych wspomnień! Życzę każdemu odnalezienia swojego małego, prostego raju na ziemi. (zdjęcie przedstawia główną ulicę na "mojej" wsi)


6. Czerwiec
  Był dla mnie miesiącem długo wyczekiwanym z jednego, bardzo ważnego powodu: skończyłam (prawie) studia. W każdym razie ostatni semestr zaliczyłam a obronę pracy licencjackiej zostawiłam sobie na jesień. Mimo to odczułam niesamowitą ulgę, że to już (prawie po raz drugi :D!) koniec. Koniec ze studiami, które okazały się jedną z największych porażek w moim życiu, ale wydaje mi się że o tym już pisałam... Koniec też z akademikiem! Czas wrócić do rodzinnego domu, hurra!!! Z jednej strony czujesz przerażenie, że ten czas tak szybko minął, że to już koniec, nie ma odwrotu, już więcej nie zobaczysz znajomych twarzy, już więcej nie wstaniesz rano, wyłączając budzik stwierdzisz "ee, dzisiaj nie idę na zajęcia, zostaję w łóżku". Ale z drugiej strony robisz krok do przodu, zamykasz pewien rozdział swojego życia, jesteś wolny- i od Ciebie zależy czy zechcesz kontynuować studia czy zaczniesz szukać pracy a może wyjedziesz w podróż swojego życia?! Ja wiedziałam jaki będzie mój następny ruch, tylko nie wiedziałam czy będę mogła go wykonać (patrz: kwiecień). W każdym razie miałam plan, i teraz Panie i Panowie jestem w tym miejscu gdzie chciałam być. 



7. Lipiec
  Chyba mój ulubiony miesiąc zeszłego roku. Odpowiedź ma 7 liter: WAKACJE !!! Nie wiem kiedy dokładnie narodził się w nas pomysł, by w te wakacje polecieć na Kretę. W każdym razie po wieeeelu godzinach poszukiwań hoteli, czajenia się na tanie loty zorganizowaliśmy sobie dwutygodniowe wakacje marzeń! Nie ma nic lepszego niż taki długi relaks na przepięknej wyspie w towarzystwie ukochanej osoby. Czytanie książki na leżaku, nasłuchując szumu fal turkusowej wody, łapiąc promienie słońca.. coś niesamowitego. Skóra muśnięta słońcem, wycieczka objazdowa wypożyczonym samochodem, zwiedzanie klimatycznych miejsc, wcinanie owoców, chodzenie w sukience i sandałach, uśmiech, wiatr we włosach! Podróżowanie jest jedną z moich pasji, czymś co kocham - i tkwią we mnie dwa typy podróżnika. Jednym jest typowy leniuch, który zaszyłby się na plaży, z kapeluszem na głowie, okularami na nosach i książką w ręku i się wygrzewał, drugim jest odkryca- osoba, która uwielbia zwiedzać, poznawać inną kulturę, zagraniczną kuchnię, historię. Uwielbiam podróżować! A jeszcze jak dodamy do tego cudowną, słoneczną pogodę to jestem w raju! Mam nadzieję, że i w tym roku uda nam się zorganizować podobne wakacje. 


8. Sierpień
    Tutaj trudno mi było podjąć decyzję co mi bardziej utkwiło w pamięci z tego miesiąca. Czy było to wesele polsko-włoskie mojej koleżanki z licealnych czasów czy może spotkanie w towarzystwie kilkunastu dziewczyn poznanych kilka lat temu przez inetrnet? W każdym razie zdjęcie odzwierciedla imprezowy charakter sierpnia. Zarówno o weselu jak i o naszym babskim weekendzie była notka na blogu, więc zbytnio nie będę się nad tym rozwodzić. Ale jak patrzę na zbiór moich zdjęć to naprawdę dużo czasu spędziłam w sierpniu w gronie przyjaciół. Miłe wspomnienia przede wszystkim :)



9. Wrzesień
  Tak, taak, TAAAAAK! W końcu się obroniłam. Kamień z serca? Nie w moim przypadku! To był prawdziwy GŁAZ z serca! Teraz definitywnie skończyłam ze studiami! Może porównanie nie będzie zbyt trafione, ale poczułam się jak więzień, który miał ręcę skute w kajdanach przez 3 lata. Serio. Poczułam w końcu długo oczekiwaną wolność, poczułam, że mogę zrobić krok do przodu i nie oglądać się za siebie. Naprawdę niesamowite uczucie. Poza tym ścięłam włosy. No i chyba tyle z takich ważniejszych wydarzeń w moim życiu z tego miesiąca haha ;)



10. Październik
  Upłynął mi pod kątem czekania na przeprowadzkę do Anglii! I tak jak od wiosny czekałam i czekałam na to wydarzenie tak nagle... stało się! To już, zaraz, teraz! No i bach, jestem już w Anglii :D Oczywiście nie obyło się bez oficjalnego pożegnania z przyjaciółmi, bez dłuuugich, ostatnich rozmów w pokoju z rodzicami. W tym miejscu chciałabym Wam napisać: nie bójcie się realizować swoich marzeń. Ja naprawdę chciałam spróbować życia w Anglii, tylko, no właśnie, w Polsce trzymały mnie studia, które postanowiłam dokończyć. Wracając do tematu przeprowadzki- ta myśl, że po raz "ostatni" śpisz we własnym łóżku... eh, łezka w oku się kręci! ;)



11. Listopad
  Nazwałabym miesiącem rozczarowań. Złapałam wtedy pierwszą, "angielską załamkę" związaną z poszukiwaniem pracy, mieszkania, poczuciem beznadziei. Po prostu wszystko się skumulowało na mnie i negatywne emocje nagle ze mnie wypłynęły. Na szczęście znalazłam oparcie w moim chłopaku i współlokatorce, która wciągnęła mnie do siebie do pracy. Jednak mimo to, dalej musiałam się ścierać z rzeczywistością, która bardzo mocno kontrastowała w niektórych aspektach z moimi wyobrażeniami. Ale co nas nie zabije (grzyb w domu) to nas wzmocni, chociaż może nie w tym przypadku. Jednak wiemy już jakiego budownictwa w Anglii się wystrzegać, żeby tego problemu nie było, no a tak poza tym to na wczesną wiosnę mamy bardziej konkretne plany, ale o tym może innym razem! Bo teraz przecież wspominamy!!! 



12. Grudzień
  Na pierwszy plan wysuwają się święta bez rodziny w domu innym niż ten z mojej magicznej wsi u babci i dziadka. I powiem Wam szczerze, że kto tego nie przeżył ten nie zrozumie jakie takie święta są... przykre. W ogóle nie czułam tej atmosfery, tego wszystkiego, bardziej czułam się jak na imprezie z konkretnie przygotowanym jedzeniem (specjalne podziękowania dla Agnieszki i Piotrka, którzy się tym zajęli). Prawdziwych świąt, do których jestem przyzwyczajona niestety nie udało nam się odtworzyć. Poza tym pracowałam zarówno w Wigilię jak i 26. grudnia... więc co to za święta! Ale może to i dobrze, bo miałam mniej czasu, by poddać się nostalgii i smucić? Mimo, że Mikołaj przyniósł mi świetne prezenty (w końcu byłam bardzo grzeczna, albo po prostu Mikołaj ma niezbyt rzetelnego donosiciela :D) to po prostu się popłakałam. Złamałam się. I nie wstydzę się tego, bo po raz kolejny uświadomiłam sobie co dla mnie jest najważniejsze, czego (kogo) mi brakowało w te specjalne dni :) Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, 30 grudnia kupiliśmy bilety na 21 do Polski i leeeecimy na tydzień! Tak, to też przecież grudniowe wydarzenie! Nie chcę po prostu tak dużo smęcić. :D!


Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do końca! Mam nadzieję, że dla Was miniony rok był bardziej łaskawy niż dla mnie i że czujecie się spełnieni :) Zaś na nadchodzący rok życzę wszystkim dużo zdrowia (to najważniejsze) i odwagi, żeby wziąć swoje życie w swoje ręce i uporu, by zmagać się z problemami życia codziennego! Zaraz zaraz, z jakimi problemami? Żyjcie beztrosko, tego Wam życzę!

Niech rok 2015 będzie WASZYM ROKIEM!

Wszystkiego dobrego!

piątek, 28 listopada 2014

5 największych zaskoczeń w Anglii

Kiedy człowiek przeprowadza się do innego miasta jest zaskoczony. Musi się przyzwyczaić do nowych numerów komunikacji miejskiej, do innych ulic, no ogólnie- musi zapoznać się z nowym terenem i do niego przywyknąć. Ale... kiedy zmienia się kraj na zupełnie inny, odmienny od rodzimego można przeżyć ogromne (!) zdumienie. Poza wcześniej wymienionymi sprawami zmienia się wiele, wiele innych rzeczy.

Ja, równy miesiąc temu przeprowadziłam się z chłopakiem do Bristolu, miasta w południowo-zachodniej części Anglii. Nie chcę Wam pisać o tym jak zaskoczyły mnie dwa krany w łazience, czy inne wtyczki na prąd bądź włączniki światła, bo to chyba oklepane tematy; z resztą na to byłam przygotowana.

Zatem Panie i Panowie przedstawiam Wam pięć zupełnie MOICH NAJWIĘKSZYCH ZASKOCZEŃ w Anglii. Zapraszam do lektury ;) :D



1. Ruch lewostronny- wierzcie mi, lub nie, ale jest to naprawdę mylące, zwłaszcza jeśli ktoś często jeździł samochodem w Polsce. Mnóstwo razy zdarzyło mi się spojrzeć w złą stronę podczas przechodzenia przez jezdnię, równie często myliłam przystanki autobusowe… Samochody objeżdżające rondo od lewej strony- no niestety, ale do tego trzeba przywyknąć. Najlepszym rozwiązaniem jest po prostu danie sobie czasu. Jestem w UK ponad 3 tygodnie i powoli zmieniłam swój wpajany od dziecka nawyk patrzenia lewo-prawo-lewo przechodząc przez ulicę na prawo-lewo-prawo. Trzeba się przystosować! ;)

2. Odnosząc się do punktu powyżej nie mogłabym nie wspomnieć o… sielance na ulicach. Co mam na myśli pisząc „sielanka”? Mianowicie to, że bez najmniejszego problemu, można (po uprzednim upewnieniu się czy nic nie nadjeżdża w naszą stronę) przechodzić przez pasy na czerwonym świetle. Naprawdę. Tu każdy tak robi. Jest grupowe przechodzenie na czerwonym. I nikt nie myśli sobie „wariaci!”, tutaj jest to normalne. Tak samo normalne jak przechodzenie przez ulicę bez pasów, bez świateł, po prostu między samochodami… i zatrzymywanie się kierowców, by Cię przepuścić. W Polsce (choć nigdy tego nie próbowałam) domyślam się, że pierwszym takim wybryku skończyłabym nieźle poturbowana ;)

3. Kultura! Wsiadasz do autobusu, przepychasz się łokciami, taranujesz wysiadających, byle tylko zająć miejsce? Nieee, nie tutaj! W Anglii wysiadający mają pierwszeństwo, a wsiadający czekają spokojnie w kolejce przed autobusem. Ale to nie koniec kulturalnego zachowania w komunikacji miejskiej. Bo tutaj nie jest dziwne, że gdy czekasz na swoją kolej, żeby wejść to osoba przed Tobą (nawet starsza pani czy pan- WOW!) Cię przepuszczają. Czy to nie miłe? Bardzo! Na dokładkę dodam tylko, że wysiadający zawsze dziękują kierowcy. Od razu podróżowanie komunikacją miejską staje się inne, przyjemne.

4. Beztroskie życie mieszkańców. Akurat kilka dni po tym jak się przeprowadziliśmy było Halloween. I uwierzcie mi- młodsi czy starsi byli przebrani w najdziwniejsze, najbardziej zwariowane kostiumy ever! Mężczyzna w różowych klapkach, szlafroku i blond peruce z loczkami? Czemu nie? :D Oj uwierzcie, co ja się wtedy naoglądałam... I nikt nie był ani zniesmaczony, ani zaskoczony... wszyscy dobrze się bawili :) Ostatnio też czekając na autobus podjechało dwóch mężczyzn zajmujących się wymianą worków na śmieci w miejscach publicznych i.. założę się, że mieli ze sobą jakiś zakład (albo po prostu chcieli mieć ubaw w pracy), bo jeden z nich wysiadł z samochodu z piórami Indianina na głowie wydając Indiańskie głosy i dziwnie skacząc wykonywał swoją pracę :D Nie tylko jego towarzysz miał ubaw- ja też! ;)

5. Opakowania produktów spożywczych. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam w kuchni pojemnik wyglądający jak proszek do czyszczenia kuchenki nie wiedziałam, że to... SÓL!!! :D Kiedy zobaczyłam parówki zapakowane w puszkę również nie mogłam uwierzyć własnym oczom! (nie chcecie wiedzieć jak to smakuje... :P) Nie mogę zapomnieć oczywiście o płatkach śniadaniowych w kartonowych opakowaniach! Kto z Was o takich płatkach niczym z reklamy zawsze marzył? Ja, ja, ja!!! :D A teraz mam je w zasięgu ręki :D (osobiście nie wiem co w nich takiego innego, fajnego, ale kiedy jest się dzieckiem... :D). Naprawdę jest tu trochę dziwactw spożywczych, mniejszych, większych.. Powoli staram się to wszystko ogarniać, choć bywa naprawdę trudno :P


I tym oto sposobem dotarliśmy do końca.
Mam nadzieję, że niczego ważnego nie pominęłam, ale to jest te TOP 5, które zaskoczyły mnie najbardziej. 

W gratisie Wam podam jeszcze jednego "suprajsa"- mianowicie jeden z sąsiadów przed domem postanowił udekorować podwórko sztucznym śniegiem i dmuchanymi gadżetami: bałwanem, balonem i mnóóóstwem innych. Czy to nie za wcześnie? :D

Dziękuję i do zobaczenia! :)

P.S Czy ten śpiący misiek również Was tak rozczula jak mnie? Musiałam mu cyknąć fotkę, nie mogłam się oprzeć!




piątek, 7 listopada 2014

hello Bristol

Hej :) od ponad tygodnia goszczę w Bristolu... ale zaraz, zaraz. Czy słowo "goszczę" jest odpowiednie? No bo w sumie ja tu się przeprowadziłam! :D Tylko, że dalej czuję się jakbym była na wakacjach.. ciekawe kiedy to minie :)

póki co jestem zauroczona tym miastem, przyjaznymi ludźmi, a także brytyjskim akcentem (który sprawia wiele trudności w rozumieniu)- mimo to i tak mi się podoba <3
Mam dla Was kilka zdjęć z naszego tygodniowego pobytu :) Pierwsze z nich są z Brandon Hill, jednego z najstarszych parków w Bristolu. Całkowicie się w tym miejscu zakochałam- natura, cisza, spokój... pomimo pory roku i tak było zielono. Spotkaliśmy tam mnóstwo popielatych wiewiórek, które nie były znowu aż tak bardzo nieufne. Mimo iż park jest położony w centrum miasta można tam się naprawdę zrelaksować. Idealne miejsce na spacer we dwoje :)







Kolejne miejsce, które odwiedziliśmy w tym tygodniu i które urzekło nas mega mocno jest Clifton Supension Bridge- most wiszący nad rzeką Avon znany jako most samobójców. Robi on n i e s a m o w i t e wrażenie! Jest symbolem Bristolu. Konieczny punkt do zobaczenia, tego nie można przegapić :)





Przy takiej okazji nie mogłam odpuścić i nie zrobić sobie kilku zdjęć z takim widokiem w tle :)






Do zobaczenia następnym razem! :) 


wtorek, 14 października 2014

It's time to change

Za mną dość dobry okres w życiu- zaczynając od obrony pracy licencjackiej i otrzymania oceny końcowej 4,5 na dyplomie (totalny szok, gdyż byłam często żołnierzem kampanii poprawkowych), poprzez dobre wyniki badań bliskiej mi osoby, która zmaga się z niespodziewaną chorobą, małymi krokami docieram do tego miejsca w moim życiu o którym marzyłam od dawna. Za mną trzy lata studiów, które okazały się nietrafionym wyborem, a z racji tego, że były to studia dzienne- musiałam zmagać się z nimi kilka razy w tygodniu. Możecie pomyśleć "to dlaczego nie rzuciłaś tych studiów?" lub "dlaczego nie zmieniłaś kierunku", ale uwierzcie, że gdybym miała możliwość studiowania innego kierunku związanego z moimi zainteresowaniami to bez wahania bym tak zrobiła. Z kolei całkowicie rzucać studiów nie chciałam, cóż innego mogłabym robić gdybym tak postąpiła? Pewnie siedziałabym na kasie w jednym z marketów, a niestety moje ambicje sięgają nieco ponad to ;) Na koniec dodam, że czuję się oszukana przez Uniwersytet Szczeciński, który w momencie rekrutacji obiecywał specjalność PR zaś w trakcie studiów słuch o niej zaginął. No cóż. Zdarza się.

Ale jest coś o czym myślałam od dawna. Coś co uwzględniłam w swoich długodystansowych planach już jakiś czas temu. I właśnie niebawem zamierzam wskoczyć na tę wysoką, wyczekiwaną falę, która napawa mnie zarówno przerażeniem jak i nadzieją. I zamierzam dać się jej ponieść. 

Mianowicie za piętnaście dni się przeprowadzam. Miejscem docelowym jest Bristol w Anglii, piękne miasto, w którym kręcono swego czasu mój ulubiony serial "Skins" (kto nie widział niech żałuje! :P). Jestem tak niesamowicie podekscytowana!!! Muszę przyznać, że jestem osobą, która ma jakieś życiowe cele. Są one mniejsze, lub większe, ale zawsze z tyłu głowy świeci mi się lampka, która przypomina mi dokąd aktualnie zmierzam. I po co. Jest to pewnego rodzaju mechanizm napędowy, który motywuje mnie do działania nawet w niesatysfakcjonujących warunkach. 

Kiedy się obroniłam, zamknęłam za sobą rozdział w moim życiu, który nie zaliczam do najlepszych. Zyskałam czas. Dla siebie, dla przyjaciół, dla rodziny. Wysypiam się, czytam mnóstwo książek, częściej widuję się z bliskimi mi osobami. Zostały mi jeszcze tylko dwa weekendy pracy i będę absolutnie wolna. Już nie mogę się doczekać! 

W końcu czuję, że zmierzam we właściwym kierunku... już nie idę ku niemu, ja wręcz BIEGNĘ !!! :)

(zdjęcie pochodzi ze strony: http://blogs.ft.com)


środa, 8 października 2014

Metalic Blue make-up

Dziś chciałabym zaprezentować Wam makijaż, który zrobiłam w poprzedni weekend  na urodziny koleżanki. Ponieważ byłam ubrana w czarną sukienkę i czarne szpilki postawiłam na zdecydowany, mocny makijaż oka w połączeniu z lśniącymi ustami nude.

Oto co mi z tego wyszło:








Osobiście uważam, że jest to jeden z moich lepszych makijaży (gdybyście widziały jak zaczynałam przygodę z malowaniem oczu cieniami to... nie wiedziałybyście czy śmiać się czy płakać :D), aczkolwiek.. dopiero po zrobieniu zdjęć zauważyłam jak bardzo rozlał mi się błyszczyk na ustach... No nic, trudno, wiem jakiemu kosmetykowi podziękuję  już za współpracę ;)

Lista użytych kosmetyków:

podkład | foundation: Pharmaceris delikatny fluid intensywnie kryjący (Sand 02) zmieszany z Bell Illumi Corrector  Lightening Skin Perfection Make-up long-lasting (odcień nieznany :P)

puder | powder: Bell 2skin Pocket Powder (Transparent 041)

róż | blush: Yves Rocher Blush Naturel (Teint mat abricote 31)

baza pod cienie | eyeshadow base: Hean Stay On 

cienie | eyeshadows: Inglot (395), granat z palety Sleek- Storm,
dolna powieka: Catrice Absolute Eye Colour (350)

kredka | eye pencil: Pierre Rene Eye Liner (black)



sobota, 27 września 2014

Wspomnienie lata

Uwielbiam lato. Za to, że jest cudownie ciepło. Za to, że można nosić zwiewne sukienki. Za kąpiele w morzu, spacery po zielonym parku, za kwitnące kwiaty. Za urocze piegi na policzkach!
Przeglądając zdjęcia na moim komputerze natknęłam się na zeszłoroczną "sesję" w zbożu. Miałam na sobie zwiewną sukienkę ecru z h&m, beżowe sandały na koturnie i kapelusz (pamiątkę z wakacji). Całość wyszła (w moim odczuciu) dosyć fajnie.








Uwielbiam lato i każdy kolejny dzień września mnie tylko w tym przekonaniu umacnia. Co zrobić, aby przetrwać jesień i zimę? Jak odnaleźć powody do radości w tych smutnych, zimnych miesiącach? Jakieś rady?

Pozdrawiam i życzę wszystkim relaksującego weekendu :)
Mój ubiega pod znakiem nauki... praca licencjacka się sama nie obroni ;) Trzymajcie kciuki!





czwartek, 18 września 2014

Z jasnego blondu na ciemny blond- powrót do naturalnego koloru włosów

Witam witam, dziś post nietypowy, inny niż moje trzy wcześniejsze. Będzie on pewnego rodzaju relacją jak wróciłam z rozjaśnianych włosów w kolorze bardzo jasnego blondu do swojego naturalnego koloru- ciemnego blondu.
Zacznijmy od tego, że włosy zaczęłam farbować/rozjaśniać dość młodo (czego okropnie żałuję, ale zawsze lubiłam zmiany związane z wyglądem). Ok zaczynamy fotorelację! :)

1. Pierwszy raz zafarbowałam włosy w domu. Niestety rozjaśniły się słabiutko, więc po miesiącu powtórzyłam zabieg. Dalej nie byłam zadowolona z efektów, więc chciałam wrócić do ciemnego blondu... wyszedł zielono!
2. Postanowiłam zatem zmienić farbę na inną... Kolor wyszedł w miarę ok. Ponosiłam go trochę i znów głupota ze mną wygrała :D Kombinowałam z blondem (samodzielnie w domu)... Lecz będąc niezadowolona z efektów poszłam do fryzjerki, która zrobiła mi blond balejaż:




3. Po jakimś czasie jak włosy odrosły postanowiłam spróbować sklepowej farby L'oreal Recital Preference. Niestety farba złapała okropnie nierówno na wcześniejszy balejaż:


4. Zaczęłam zatem poszukiwania lepszej farby. Sporo się ich przewinęło, z każdym kolejnym razem włosy było coraz jaśniejsze:


5. I coraz bardziej zniszczone...




6. Przyznam się bez bicia, że je po prostu spaliłam. Wilgotne włosy ciągnęły się jak guma, zaś po wyschnięciu były sianowate, połamane... jednym słowem okropne! Zaczęłam więc chodzić prywatnie do fryzjerki na samo rozjaśnianie odrostów i o dziwo okazało się, że moje włosy są bardzo oporne na proces rozjaśniania- woda 12% + rozjaśniacz nie dawały pożądanych efektów... No ale kilka razy jeszcze do niej pochodziłam- absolutnie nie chciałam rozstawać się z blondem a i tak nie sądziłam, że grzeszę zważając, że rozjaśniałyśmy wyłącznie odrosty.

7. Lecz pewnego dnia powiedziałam sobie: dość! Rozum w końcu wziął górę nad chęcią posiadania jasnych włosów! Hurrra! Tylko jakby tu wrócić do naturalnego koloru? Wyhodowałam sobie całkiem spory odrost (i wtedy często nosiłam conrowsy, które wyglądały przez ten odrost całkiem fajnie :D)


Przyciemniłam włosy (w domu, a jakże) farbą z Garniera w kolorze ciemny blond, jednak kolor wyszedł... dość popielato:


8. Oczywiście bardzo szybko się wypłukiwał. Na szczęście byłam bardzo zdeterminowana i wiedziałam, że muszę jeszcze kilkukrotnie położyć na włosy kolor, żeby pigment się w wytrawionym włosie utrwalił.




9. Kolor po trzecim razie się utrwalił :) niestety wytrawione blondem włosy baaardzo odstawały od rosnących zdrowych, gładkich włosków. Wisiały okropnie jak strąki, kolor schodził szybciej, były matowe - okropieństwo. I wtedy... poszłam z koleżankami na casting do pokazu fryzjerskiego :) Po omówieniu wizji fryzjerki zdecydowałam się radykalnie ściąć włosy i je zafarbować. [nie patrzcie na miny, to klatki z głupiego filmiku]



10. Dawno nie byłam tak zadowolona jak wtedy z tego jak one wyglądały! A ponieważ odrost był mało widoczny postanowiłam, że nic już z nimi nie robię- niech sobie rosną już teraz moje. Miały do tego przecież idealne warunki :) A im były dłuższe tym odrosty lepiej się komponowały z farbowańcami ;) 



11. I ponad roku postanowiłam, że skoro i tak kiedyś będę ścinać farbowaną część- to rozjaśnię sobie same końcówki i zrobię sobie ładne ombre. Poszłam do fryzjerki- ale włosy rozjaśniły się może o ton! Tego samego dnia poprawiałam zabieg w domu... efekty były satysfakcjonujące :)








12. Uwielbiałam ten efekt, ale niestety rozjaśniacz dał popalić moim włosom... była wyczuwalna, spora różnica między włosami moimi a blond. Więc co jakiś czas po prostu podcinałam 'ombrowe' końcówki



13. Aż w końcu nadszedł dzień, że pozbyłam się i tego środkowego, pokazowego koloru :) I zaczęłam cieszyć się w całości swoimi naturalnymi włosami! Po tylu latach zmagań, regeneracji, pieniędzy wydanych na odpowiednie kosmetyki/leki...



14. W chwili obecnej (jako kobieta lubiąca zmiany) moje włosy są po dość znacznym ścięciu :) Niestety długości, chyba takie  jak na zdjęciu powyżej nie są odpowiednie dla mojego rodzaju włosów- cieniutkich, ciężkich, mocno wygładzonych. Choć mam wrażenie, że ta fryzura bardzo mnie odmładza to zyskała na pewno na objętości :) 



Przyznam się, że proces zapuszczania włosów sam w sobie był... wymagający. Odpowiednia suplementacja (głównie vitapil), regenaracja (henna treatment wax, gliss kur oil nutritive, maska ce ce med algowa, maska stapiz wygładzająca, olej rycynowy, nafta, seboradin, ampułki radical oraz wiele wiele innych) naprawdę kosztowały mnie trochę pieniędzy, ale co najważniejsze CIERPLIWOŚCI. I wytrwałości w zapuszczaniu naturalnego koloru. 

Ważne jest, aby wytrwać w swojej decyzji. Nie poddawać się, nie załamywać... włosy w końcu odrosną. Oczywiście, że tęsknię za blondem- ten kolor (choć teraz nie dążyłabym do lalkowego odcienia) dodaje wiele uroku kobietom. Doskonale się w nim czułam ;) ale naturalne włosy... są takie wygodne! Mogę być zmęczona, chora, niepomalowana, blada- a wyglądam dobrze. W blondzie niestety musiałam być zawsze pomalowana, bo inaczej wyglądałam jak chodzące nieszczęście (w połączeniu z brwiami cienkimi jak nitki na pewno :D). Dodatkowo naturalne włosy nie wymagają specjalnej pielęgnacji, czasochłonnej regeneracji. Jedynym ważnym minusem jaki zauważyłam jest to, że moje włosy nie są tak podatne na układanie jak wtedy. No ale wtedy były sztywne, bo były zniszczone :) a wolę żeby były zdrowe, lśniące i piękne!

Dziewczyny jeśli chcecie wrócić do natury uwierzcie mi, że warto! Nie poddawajcie się :) Wasze włosy będą Wam na pewno wdzięczne :) Moje przynajmniej są bardzo... :)