Strony

niedziela, 17 września 2017

ZWIĄZEK NA ODLEGŁOŚĆ - TAK CZY NIE?

"Ja się nie nadaję do związku na odległość", "Nie dla mnie widywanie się od czasu do czasu", "To nie ma sensu, ja potrzebuję bliskości na co dzień" właśnie w tych kategoriach zawsze myślałam o związkach na odległość. Ja + taka relacja? Niemożliwe. A jednak los zrobił mi psikusa i pewnego zimowego dnia w Szczecinie poznałam mojego chłopaka, który jest z Katowic. I nagle niemożliwe stało się możliwe :)

Początki nie były łatwe. Od momentu kiedy się poznaliśmy aż do ponownego spotkania minął miesiąc. Nie dlatego, że nie chcieliśmy. Ale jednak 560 kilometrów i okres około-świąteczny zrobił swoje i musieliśmy trochę zaczekać. Czy było warto? Zdecydowanie. Przez ten czas zdążyliśmy dowiedzieć się trochę o sobie nawzajem. Zupełnie naturalnie zaczęliśmy regularnie się ze sobą kontaktować w ciągu dnia i dzwonić wieczorem na długie pogaduchy. Zdążyłam się m.in. dowiedzieć, że mój chłopak nie znosi disco-polo (w końcu jest muzykiem), buraczków a kawę pije sporadycznie. Oczywiście to tak w wielkim skrócie :) Prawdę mówiąc choć nie mogłam się doczekać naszego spotkania z drugiej strony cieszyłam się, że mamy ten czas, aby się troszkę poznać. Po jakimś czasie byłam wręcz przekonana, że w końcu nie wrócę ze spotkania rozzłoszczona, że zmarnowałam czas. Było wręcz przeciwnie. 

W pierwszych miesiącach miałam wrażenie, że coś tracimy, coś nam ucieka z tego początkowego etapu związku. Kiedy inni mogą się widywać każdego dnia dla nas to było nieco bardziej skomplikowane zadanie. Ale z drugiej strony... Każde spotkanie było (i nadal jest) wyjątkowe, wyczekane. Nie ma czasu na znudzenie się sobą, potrzeby złapania "oddechu" od drugiej osoby, aby utrzymać równowagę życiową. W związku na odległość jest ciągły niedosyt. Każda minuta z ukochaną osobą jest na wagę złota. Dlatego nie marnujemy czasu kiedy ze sobą jesteśmy na to, aby posiedzieć na fejsie :) Telefony idą na bok i sprawdzamy je sporadycznie.

Ale związek na odległość to też brak możliwości działania natychmiastowego. Kiedy macie jakąś sytuację konfliktową odległość to tylko podkręca. Bo nie widzicie tej drugiej osoby, nie możecie po wiadomości SMS stwierdzić czy ta osoba żartuje czy pisze serio. Nie możecie wsiąść w samochód i po 15 minutach się spotkać, żeby coś wyjaśnić. To naprawdę frustrujące, zważając na to, że gdy się widzicie takich sytuacji nie ma prawie wcale, a jeśli są to dość sprawnie je rozwiązujecie. W przypadku gdy pierwsze skrzypce :) grają kilometry jest to naprawdę trudne.

Jesteście uzależnieni od swoich kalendarzy i musicie na bieżąco informować partnera o zmianach. Bo jak w przeciwnym razie zaplanować kolejne spotkanie... Zwłaszcza gdy Ty pracujesz od poniedziałku do piątku, a Twój partner głównie w weekendy. 

Na naszym przykładzie powiem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Dla mojego chłopaka nie jest problemem po kilkunastu godzinach pracy wsiąść w pociąg, jechać 8h po to, żeby zobaczyć się ze mną na kilka godzin, razem zasnąć a następnego dnia rano pokonać ponownie te 560 kilometrów... A widujemy się średnio raz na tydzień - półtora. 

Dziś wiem, że ta odległość tylko umocniła nasze uczucie. Dlatego czasami warto porzucić swoje przekonania i zaryzykować. Zwłaszcza jeśli widzisz kogoś pierwszy raz w życiu i czujesz to :-)






czwartek, 27 lipca 2017

Czasami trzeba skoczyć z mostu, aby urosły nam skrzydła

Dłuższy czas zastanawiałam się o czym będzie mój kolejny post. O miłości której historia powinna zostać prędzej czy później spisana w formie książki, bo powala wszystkich na kolana? Tak... Nas oczywiście też i uwierzcie, że jeśli byście ją poznali to uwierzylibyście, że magia (a może przeznaczenie?) naprawdę istnieje. Czasem wystarczy parę sekund. (Od razu dodam, że piszę to wszystko bez sztucznie wykreowanej idealizacji samego związku jak i partnera. Choć, hm, mam dni, że brakuje mi singlowania - tak po prostu).

A może powinnam napisać o tym, jak przejechałam się na swoim zaangażowaniu w życiu zawodowym dając z siebie 200%, poświęcając nierzadko życie prywatne? I kiedy moje serce zalewała ogromna fala smutku a w głowie kłębiło się mnóstwo pytań, które pozostały już na zawsze bez odpowiedzi... wtedy pomyślałam "Aha. Kolejna próba przede mną. Proszę bardzo!". Otarłam łzy i stwierdziłam, że nie będę rozpaczać z powodu... pracy!

I tak, ten wątek chciałam szerzej dzisiaj rozwinąć. Jak to się stało, że nagle skończyły się łzy i smutek i stawiłam czoła tej niespodziewanej sytuacji, która wywróciła moje życie do góry nogami? Uwierzcie... to nie było trudne. Przypomniałam sobie jak wiele razy cierpiałam a później się okazywało, że ta trudna droga prowadziła mnie do czegoś znacznie lepszego. Głębszego. I prawdziwego. Jak wiele zawiłych sytuacji doprowadziło mnie do naprawdę cudownych ludzi. Ile błędów musiałam popełnić, żeby odkryć co jest dla naprawdę w życiu istotne. Ile przeżyłam emocjonalnych rozczarowań czy błahych zauroczeń, aby doświadczyć czym naprawdę jest głębokie uczucie.

Dlaczego tak często się zamartwiamy się, zupełnie niepotrzebnie...? Dlaczego tak bardzo boimy się zmian? Musimy być otwarci, mieć otwarte serca i umysły. Choć często życie decyduje za nas, nierzadko sami możemy wybrać - czy iść dalej obecną ścieżką, czy zawrócić a może pójść w nieznane. To wszystko zależy od Ciebie... pamiętaj, że czasami trzeba skoczyć z mostu aby urosły nam skrzydła.

Wielokrotnie się o tym przekonałam. I tak też było tym razem.
Latam.
Po raz kolejny.
Wspaniałe uczucie.


sobota, 25 marca 2017

This is it!

To zdarza się niespodziewanie. Możesz być w innym mieście u kuzynki, którą odwiedzasz średnio co dwa miesiące, możesz być w autobusie, którym codziennie przemierzasz tę samą trasę, możesz być - tak jak ja - w pracy. Możesz być dosłownie wszędzie, bo nie ma na to żadnej reguły.

Twój dzień zaczyna się jak każdy inny. Ale tego wieczoru położysz się spać (powodzenia! spróbuj łatwo zasnąć z taką potężną dawką emocji) z ogromnym uśmiechem na ustach;  właściwie będziesz się śmiała sama do siebie. Że to jest takie nieprawdopodobne, że to wszystko jest jak z filmu. 

Następnego dnia rano pierwszą Twoją myślą będzie "a może to był tylko sen?" - ale nie. To nie był sen. Bo po raz kolejny czytasz na telefonie tę świetną wiadomość, którą wysłał Ci wieczorem. Właściwie nie jedną tylko kilka, bo nie mógł się doczekać Twojej odpowiedzi. Napisał Ci, że on nie czuł nigdy w życiu nic podobnego, że musicie się poznać. I nagle Twoje happy single life odchodzi na bok, bo po raz pierwszy od dawna chcesz i... wiesz, że tym razem powinnaś zrobić wyjątek i pozwolić się poznawać. Żeby ten "ktoś" stawał się z każdym kolejnym dniem naturalną częścią Twojego życia. Częścią Ciebie. Żeby ten ktoś naprawdę niepostrzeżenie zburzył mur, który zbudowałaś wokół siebie po ostatnim związku, bo nie chciałaś oddawać swojego serca byle komu.

Oczywiście, że się boisz! Przecież tak świetnie Wam się smsuje, tak świetnie rozmawia Wam się przez telefon, ale jeszcze się nie spotkaliście. No tak, odległość robi swoje - a przecież "ja się w związki na odległość nie bawię, nie nadaję się do tego". Ale kiedy się wreszcie spotkacie i po początkowym dystansie (z którego później będziecie się razem śmiać), wreszcie się złapiecie za rękę i zobaczycie jak Wasze dłonie idealnie do siebie pasują, kiedy się wreszcie pocałujecie i poczujesz, że tracisz grunt pod nogami, kiedy spojrzycie sobie głęboko w oczy - zrozumiesz, że to jest właśnie TO. Że chcesz w te oczy patrzeć całe życie, że chcesz całe życie całować te usta... Że na właśnie na Niego czekałaś całe życie - że albo On albo nikt inny.

Nie jesteś w stanie tego zrozumieć, więc powoli zaczynasz przestawać to racjonalnie analizować. Po prostu się nie da, a wszyscy dookoła myślą, że koloryzujesz, że to tylko początkowy zachwyt sobą bla bla bla. Ale oboje wiecie, że to nieprawda, że to coś więcej. Że to coś co niewiele ludzi miało okazje poczuć w swoim życiu. Ale skoro czujecie to razem nie może być to iluzją, prawda?

Dzięki Niemu z każdym kolejnym dniem stajesz się silniejsza, bardziej szczęśliwa i spełniona. Każdy kolejny dzień, każda kolejna chwila uświadamia Cię, że to jest to. 

Wiecie co to jest? 
To jest MIŁOŚĆ. 
Taka o której każdy człowiek marzy całe życie.
Taka której nie da się opisać słowami. 

Trzeba ją poczuć. 


I właśnie takiej miłości życzę Wam wszystkim. 


wtorek, 27 grudnia 2016

Podsumowanie roku 2016

To był dla mnie rok pełen zmian i zawirowań.

Czas porządkowania swojego życia, spełnienia kolejnych marzeń, poznawania nowych ludzi. Czas zachwytów i rozczarowań. Sukcesów i porażek. Zalewania się łzami ze śmiechu i płaczu z powodu cierpienia. Czas bliskości i tęsknoty.

Przede wszystkim jestem z siebie dumna. Za to jakim człowiekiem jestem, kim są moi przyjaciele i w jakim miejscu się znajduję. Że nie zatrzymałam się i nie zawróciłam, ale poszłam dalej przed siebie pozostając wierna swoim wartościom i przekonaniom.

Jestem dumna, bo nie uległam presji otoczenia, nie dałam sobie wmówić czyichś poglądów i podejmowałam decyzje w zgodzie ze sobą. I [tutaj miejsce na fanfary] nauczyłam się być asertywna. Potrafię odmawiać i nie czuć się winna i naprawdę jest mi z tym bardzo dobrze.

Nauczyłam się silniej przeżywać emocje i nie dusić ich w sobie. Umiem przyznać się do błędu, głośno powiedzieć "przepraszam", ale też zawzięcie bronić swojego zdania. Potrafię kulturalnie zakończyć spotkanie, które nic nie wnosi do mojego życia zamiast świecić oczami i udawać, że się dobrze bawię.

Stałam się od nikogo niezależnym scenarzystą swojego życia, chociaż nie zawsze mam wszystko zaplanowane - często daję się ponieść chwilom.

Zaczęłam rozróżniać miłość od przywiązania, przyjaźń od zwykłej znajomości, pasję od pracy, determinację od głupiego uporu, prawdziwe szczęście od szczęścia dla poklasku. Zaczęłam doceniać coś co kiedyś byłoby przeze mnie niezauważone.

Zrozumiałam, że najważniejszym wyzwaniem w życiu jest poznanie siebie. I życie dla siebie. Nie na pokaz. Nie dla innych. Nie, żeby się komuś podobać. Nie, żeby zgarnąć więcej lajków na Instagramie.

Dla siebie.
Żeby codziennie rano patrząc w lustrze widzieć uśmiechniętą kobietę.


Taka jestem w roku 2016.


niedziela, 18 grudnia 2016

O życiu, związkach i facetach oczami singielki

Z życia singielki:

Stało się.
Wielka, piękna miłość umarła. Może tak się kocha tylko raz, może więcej, może to nie było to, a może było, ale po prostu się spie*dzieliło, bo o to nie zadbaliśmy. I już nigdy czegoś takiego nie przeżyjemy.

Bo zabrakło nam chęci zmian, bo byliśmy egoistami, bo chcieliśmy zmieniać drugą osobę a w sobie nie widzieliśmy problemu. Bo chcieliśmy być wolni emocjonalnie. A może po prostu do siebie nie pasowaliśmy, ale dużo czasu zajęła Wam decyzja, żeby dopuścić rozsądek przed serducho.

No to jesteśmy wolni. Zbaczamy z jednej, wspólnie obranej drogi, każdy idzie w swoją stronę. Ku ogromnego zdziwieniu wszystkich wokół ("rozstaliście się?", "byliście moją ulubioną parą", "tak do siebie pasowaliście" itd..). Właściwie to sami jesteście zdziwieni, że bez żadnej WIELKIEJ / STRASZNEJ / TRAUMATYCZNEJ i DRAMATYCZNEJ przyczyny po prostu postanowiliście to zakończyć. W dzisiejszych czasach to takie nietypowe, bo prowodyrem musi być ta trzecia osoba, a może nawet dwie (po jedną na jednego partnera). Ale nie w Waszym przypadku, dlatego to budzi takie zainteresowanie Twoich przyjaciół, rodziny oraz innych ludzi, których gówno to powinno obchodzić. Ale ludzie zawsze będą ciekawi - gdzie pracujesz, ile zarabiasz, czym jeździsz i jak wygląda Twoje życie osobiste.

Chciałam się podzielić moimi spostrzeżeniami z rocznego okresu singlowania.. Uwierzcie mi, prowadzę teraz tzw. happy single life i nie potrzebuję żadnego faceta obok siebie do szczęścia. I jak cholernie mnie wkurza, gdy ludzie mi wmawiają "aa tak tylko gadasz, wiadomo że chciałabyś być z kimś, single zawsze tak mówią". Nie, bo gdybym czuła się samotna to bym to powiedziała na głos. Gdybym chciała być z kimś to bym tego nie ukrywała.

I tak, jestem szczęśliwa. Teraz i tu. Sama ze sobą. Zaczynam doceniać rzeczy, których wcześniej nie doceniałam.

Po naszym rozstaniu trochę czasu zajęło mi poukładanie sobie w głowie tego wszystkiego, prawie 6 lat to kawał czasu, więc nie było lekko. Ale w końcu stanęłam na nogi.

I zaczęłam poznawać facetów

I zaczęłam chodzić na randki.

I się kur*a załamałam.

Oczywiście tu jestem winna wyjaśnienia, bo przecież przed chwilą gadałam o happy single life, a tu piszę o randkach i facetach. Myślicie sobie - i gdzie tu logika??

Już tłumaczę. Uwielbiam poznawać nowych ludzi, nigdy nie miałam z tym problemu i teraz też się to nie zmieniło. Ale to, że się z kimś umówię na kawę (no dobra, herbatę, bo kawy nie piję) nie oznacza od razu, że snuję jakieś wizje siebie w białej sukni przed ołtarzem. Zachowuję dystans, miło spędzam czas i to wszystko. Jak poznam tę właściwą osobę i nadejdzie ta właściwa chwila to pewnie moje podejście się zmieni. Nie mam parcia w tym temacie. Samotność (choć to słowo kojarzy się wszystkim negatywnie) mi odpowiada. A, że lubię pić herbatę... ;) Więc tak... bycie szczęśliwym singlem, któremu odpowiada samotność nie wyklucza spotykania się z facetami.

No dobrze, wróćmy do tematu.

To co się stało z ludźmi w obecnych czasach to jest naprawdę jakaś przesada. Nie mówię, że tylko z facetami, bo z kobietami również. Patrzę, słucham, uczestniczę w tym śmietniku i nie wierzę. Cholera. Jak trudno dzisiejszemu facetowi otworzyć przed kobietą drzwi? Jak trudno dzisiejszej kobiecie jest wyjść z domu bez tony makijażu, który zmienia ją w całkowicie inną osobę? Jak trudno dzisiejszemu facetowi pomylić bycie pewnym siebie i szarmanckim z arogancją i buractwem? Jak trudno dzisiejszej kobiecie pokazać, że jest delikatna, ciepła i przyznać, że kompletnie nie wie co się dzieje pod maską jej samochodu?

Granice się zacierają, faceci stają się bardziej kobiecy i analogicznie kobiety stają się bardziej męskie. Coś mi tu nie gra, coś mi tu nie pasuje, a przede wszystkim to ja nie pasuję do tego świata. Wydaje mi się, że wpadliśmy w błędne koło - nie pozwalamy facetom być prawdziwymi facetami, a oni nie pozwalają nam być prawdziwymi kobietami. Cyrk. Czy poza mną ktoś inny też dostrzega ten absurd? :P


Nie chcę chodzić z facetem na manicure ani pożyczać mu moich ulubionych spodni rurek.

Ja się na to nie piszę.



poniedziałek, 26 września 2016

Kulisy pracy w branży eventowej cz. I


Pięć dni temu minęło mi równe pół roku od kiedy rozpoczęłam swoją przygodę w branży eventowej - początkowo na stanowisku Asystentki Event Managera, obecnie pracuję jako Junior Project Manager w tej samej firmie. Jeszcze rok temu marzyłam o pracy przy organizacji imprez - dzisiaj mam zbiór półrocznych doświadczeń i wrażeń za sobą. Jednak cały czas się uczę, cały czas coś mnie zaskakuje. I choć UWIELBIAM swoją pracę (tak wiem, to trochę nienormalne i nietypowe żywić takie uczucia do pracy) to oczywiście jak każda inna ma ona również swoje minusy. Bazując na własnych odczuciach postaram się przybliżyć Wam jak wygląda sprawa organizacji eventu "od kuchni".

Dlaczego?
Pomimo tego, że będąc jeszcze na studiach przeczytałam książkę pt. "Organizacja imprez" - Judy Allen, która uchodzi za swoistą biblię eventowców tak naprawdę nie wprowadziła mnie ona wystarczająco dobrze w ten świat. Wydawało mi się, że organizacja firmowych imprez to bułka z masłem - zwłaszcza dla kogoś kto łatwo odnajduje się w nowym środowisku - tak jak ja. 

Ale...
To nie wygląda tak jak w moich (i za pewne Waszych) wyobrażeniach. Duże imprezy wiążą się z napraaawdę długimi i czasochłonnymi przygotowaniami. Co powiecie na to, że już we wrześniu stratują pierwsze spotkania w sprawie Festiwalu Gwiazd, który odbywa się przecież w lipcu? Ten jeden przykład pokazuje Wam złożoność tej branży - dużych imprez nie da się zaplanować na dwa tygodnie przed realizacją

Ponieważ...
To nie jest grill ze znajomymi - gdzie wystarczy miejsce, grill z akcesoriami, paczka mięsa, alkohol i kilkoro przyjaciół. Organizację imprez zaczyna się od spotkania z klientem, omówienia jego oczekiwań, a także zaznajomienia się z budżetem przeznaczonym na imprezę. Posiadając takie informacje możemy przystąpić do działania czyli wyszukać, sprawdzić dostępność oraz koszty i zaproponować odpowiednią lokalizację, firmę cateringową, oprawę artystyczną, program imprezy, zaplecze techniczne, konferansjera, fotografa, dodatkowe atrakcje, transport, osoby do obsługi eventu itd. przy czym musimy spiąć to wszystko razem tworząc kosztorys, który zmieści się w budżecie klienta - a jeszcze lepiej jak będzie sporo niższy. 

Aczkolwiek...
Na tym nie koniec. Bo to, że przygotowaliśmy bogatą ofertę spełniającą oczekiwania klienta nie oznacza, że teraz pozostaje nam czekać na event. Byłoby wspaniale, ale rzeczywistość jest nieco inna. Teraz czekamy na feedback czyli informację zwrotną. Co by chciał zmienić, co wyrzucić z oferty a co dodać. A może wysłał zapytanie do kilku agencji eventowych i wybrał inną firmę na realizację swojej imprezy? Ja nie wyolbrzymiam - tak po prostu jest. Jeśli jednak klient zdecydował się na współpracę z nami, ale ma pewne obiekcje - działamy dalej czyli

Szukamy...
Alternatyw. Modyfikujemy ofertę kilkukrotnie, tak by finalnie spotkała się z akceptacją. Co oznacza modyfikujemy ofertę? Wracamy do punktu wyjścia czyli: wyszukujemy, sprawdzamy dostępność i wrzucamy do kosztorysu. Aczkolwiek w chwili akceptacji oferty nie oznacza to, że odkładamy projekt w kąt i przypominamy sobie o nim dopiero w dniu realizacji. Nie. Cały czas jesteśmy na linii - czyli do dyspozycji klienta.

Chociaż...
Nie zapominajmy, że dobre agencje eventowe nie pracują przez pół roku tylko nad jednym projektem. W międzyczasie realizujemy mnóstwo innych imprez (czasami dwie w ciągu jednego dnia) oraz przygotowujemy oferty dla innych klientów. Wolny weekend w lato? A co to takiego? :)

I wreszcie...
Przychodzi dzień realizacji! Zazwyczaj jesteśmy niewyspani, bo dzień lub dwa wcześniej zaczęły się montaże techniki estradowej i inne. No ale przecież nie możemy pokazać po sobie zmęczenia - uśmiech od ucha do ucha (nieważne, że spaliśmy tylko 3 godziny) + dużo kofeiny i działamy od samego świtu, chociaż impreza zaczyna się wieczorem. Pracy jest bardzo dużo, bo musimy dopilnować, żeby podwykonawcy zjawili się na czas, oraz żeby wszystko było zgodne z ofertą - a składowych jest wiele. I tak samo wiele może się pojawić problemów, które należy sprawnie rozwiązać nie wprowadzając zbędnego zamieszania i napięcia  - zarówno przed jak i w trakcie realizacji.

A gdy event się już skończył...
Nie idziecie do domów tak jak uczestnicy imprezy. Nie. Bo Wasza praca jeszcze się nie skończyła. Tak samo jak koordynowaliście montaże podwykonawców- tak samo trzeba dopilnować demontaży- zazwyczaj przy blasku księżyca ;)

Mogłabym pisać godzinami, ale jak na pierwszy raz myślę, że i tak wpis jest długi. Będą jeszcze kolejne części, już wkrótce... :)

Dobry wieczór, witam w świecie eventowców ! :)



środa, 21 września 2016

Sesja ciążowa z Ewą

Półtora tygodnia temu udało mi się zabrać koleżankę ze szkolnej, licealnej ławki (kiedy ten czas zleciał ja się pytam?!) na sesję ciążową. W końcu ktoś dał się namówić na leśną scenerię o której od tak dawna myślałam. Minimalne światło po zachodzie słońca, stare drzewa i Ewa- wyszło klimatycznie, trochę tajemniczo, niecodziennie. Mi się podoba.











Piękna, prawda?

To chyba nie jest ściema, że chłopcy dodają kobiecie uroku - Ewcia wygląda fenomenalnie!