Strony

środa, 4 kwietnia 2018

Best Moments of March

Marzec był dla mnie wspaniały.
Uwielbiam zatrzymywać wyjątkowe chwile po to, by później móc swobodnie do nich wrócić (jak chyba większość ludzi). Wybierając zdjęcia do tego wpisu po raz kolejny doładowałam się zastrzykiem pozytywnej energii. Zobaczcie sami...

Hej Warszawo! Dobrze Cię widzieć :)

Pierwsze zachody słońca takie jak ten. Cudo!

A kto to się tak chowa? :)


Pizza pierwsza klasa!


I towarzystwo też!


Stare Miasto - moje ulubione miejsce w Warszawie.

Miał być sos śmietanowo-ziołowy ale... trochę mnie poniosło. I wyszło przepysznie <3

Gdyby jakiś mężczyzna miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości.. :P


W drodze do pracy zaskoczył mnie... lis! No, prawie. Wspaniały mruczek! :)

A odnośnie pracy - inni jadą na Mordor a inni do lasu ! :) Fajnie, nie?

Zima czy wiosna?!

Uśmiech nie schodzi z twarzy :)

Takie niebo lubię najbardziej :)

Fajna sprawa ta Warszawa!

Łazienki Królewskie z Asią


I najbardziej emocjonujący koncert na jakim byłam. Genialne dziewczyny...

Niedzielne obiadki :P

Warszawa nie przestaje zachwycać

Za oknem wiosna - to i w kuchni też :)

Selfiak też musi być :-)


Wielkanoc czyli rodzinka w komplecie u babci. Wieś - cisza, spokój, pyszne jedzenie, koty! A na zdjęciu moja "mała" kuzynka.. kiedy ona tak wyrosła ja się pytam?!


Rozpoczęłam też sezon sukienkowy, a co :P Śmieję się, że ta sukienka to łapacz komplementów :D Każdy chwali niezależnie od płci :P

A marzec zamknęły zdjęcia od mojego zdolnego kolegi - Grzesiek Panek jesteś miSZCZem! Już niedługo wrzucę więceeej!


środa, 7 marca 2018

Jak rozstanie dodało mi skrzydeł

Kiedy większość z nas myśli o rozstaniu z partnerem, do głowy przychodzą nam same negatywne emocje i stany, które mogą temu towarzyszyć. Smutek, żal, uczucie niepewności, brak stabilizacji, czasem też nienawiść, zagubienie. I nie ma co się dziwić, jest to całkowicie naturalne, w końcu tak wiele się wtedy u nas zmienia...

Ja za sobą mam dwa rozstania (nie liczę tu oczywiście młodocianych miłostek w wieku gimnazjalnym) i choć różnią się one od siebie totalnie, to łączy je jedna cecha wspólna - przekształciłam je z negatywnego wydarzenia na coś niesamowicie pozytywnego.

Choć nie lubię się wdawać w szczegóły to zdradzę Wam jedno - ja przez ostatnią swoją "miłość" zostałam na lodzie. Bez pracy, ze zrujnowanymi planami (o których wiedzieli wszyscy dookoła), no ogólnie rzecz ujmując zaliczyłam bardzo bolesne zderzenie z rzeczywistością. Bolało. Jak diabli. Ale stwierdziłam, że szkoda zdrowia, łez i czasu - to niczego w tej sytuacji nie zmieni. Poza tym czy warto płakać/tęsknić za kimś kto tak naprawdę przez cały czas Cię okłamywał? Sami wiecie jaka jest odpowiedź... :) 

Co takiego zrobiłam? Jak zamieniłam ten trudny czas na coś z happy endem? Po prostu wsłuchałam się w siebie i w swoje marzenia. Nie robiłam nic na siłę. Nie podejmowałam decyzji "na już". Miałam ten komfort, że moi przyjaciele i rodzina nie wywierali na mnie absolutnie żadnej presji. I nagle powoli zaczęło się wszystko układać. Podjęłam decyzję - chcę zamieszkać w Warszawie. Bo zawsze chciałam. Ale wiecznie coś lub ktoś stał na przeszkodzie. Nie twierdzę, że zostanę tu na zawsze, bo tego nie wiem, z resztą ja lubię odkrywać nowe miejsca. Ale póki co każdego cholernego dnia jestem szczęśliwa, że w końcu tu dotarłam. Znalazłam też pracę, która odpowiada mi pod każdym względem. Ze współlokatorką mogę jeść pączki o 22, żeby następnego dnia śmiać się, że musimy zapisać się na siłownię. Kupiłam piękną pościel w ikei w różowo-białą kratę i nikt nie narzeka, że nie chce pod nią spać, bo jest "babska". W czasie kiedy nie pracowałam wysypiałam się, spędzałam dużo czasu z przyjaciółmi, czytałam książki na które zawsze brakowało mi czasu. Sprzedałam samochód za naprawdę korzystną dla mnie cenę. Ze znajomym z Krakowa zrobiliśmy coś co zawsze chodziło mi po głowie, a znając jego talent na pewno wyjdzie to świetnie (niebawem uchylę rąbka tajemnicy). Odświeżyłam kontakt z ludźmi, którzy dużo dla mnie znaczą. A przede wszystkim - jestem spokojna. Bo odpowiadam w 100% sama za swoje szczęście. 

Przypomniały mi się mądre słowa: Happines is a choice. You decide!

A więc... jaka jest Twoja decyzja?

fot.: Grzesiek Panek


niedziela, 4 lutego 2018

Podsumowanie roku 2017

Gdy patrzę wstecz, na to co zostało na moim blogu z minionego roku po prostu nie dowierzam. Zawsze staram się zostawić po sobie nieco więcej, i owszem, w 2017 opublikowałam trzy wpisy, które wolałam jednak puścić w niepamięć. Został jeden a z konkretnym, prawdziwym, aktualnym przekazem. Myślę, że nic więcej nie muszę w tym temacie dodawać a i czasu szkoda :) (choć kiedyś na pewno napiszę nieco więcej nt. toksycznych relacji - ku przestrodze). Wiem, że mamy już... luty (!), ale chciałam zostawić sobie czas na spokojne przemyślenia.

Bez względu na to jak mocnego kopniaka dostałam od minionego roku uważam, że i tak był wyjątkowy. Po pierwsze znów przekonałam się jaką wartością jest przyjaźń. Towarzysz życia z różnych przyczyn może się zmienić - przyjaciel zawsze będzie przy Tobie. Będzie Cię wspierał, chronił, a jak trzeba stanowczo przemówi do rozumu (moja przyjaciółka w pakiecie mnie też karmi :D). Myślę, że 20 NIEPRZERWANYCH lat przyjaźni (w tym momencie następuje załamka z powodu wieku :D) nie trzeba dalej komentować. To się rozumie samo przez się. Dziękuję Karol :*

Po drugie - zrozumiałam, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Ludzie są głupi myśląc: "O Boże, bez niego/niej nie będę szczęśliwa/y". Powiem dosadnie - gówno prawda. Ile razy w życiu tak myślałeś? I potem co? Okazało się, że potrafisz być szczęśliwy bez tej osoby! Wszystko jest kwestią czasu... A ludzie marnują go na łzy i szlochy. Nie no, to jest zupełnie niepotrzebnie. Przeczytałam to w mądrej książce, którą 4-5(?) lat temu polecił mi kolega ze studiów (wtedy chciałam mu przywalić nią w głowę, bo uważałam, że jest beznadziejna. Najwidoczniej musiałam do niej dojrzeć). Nie ukrywam - pomogła mi spojrzeć na świat nieco szerzej i mocniej stanąć na nogach. Jeśli teraz ktoś mi nie odpowiada to nie staram się go zmienić i trzymać przy sobie na siłę. Niech będzie dalej sobą, ale niech odejdzie i nie marnuje więcej mojego czasu. Wiadomo - czas też robi selekcję naturalną wśród znajomych. Ale są ludzie, którzy pomimo odległości, miesięcy milczenia dalej są w naszych sercach i zjawiają się niczym ciche anioły z nieba.

Po trzecie - zaczęłam ufać intuicji. Jeśli wydaje Ci się, że coś jest nie OK, to najprawdopodobniej nie jest OK. Wbrew pozorom bardzo łatwo zdemaskować jest jakąś nieprawidłowość, kłamstwo, sztuczne gesty. Tylko do tego należy ściągnąć klapki z oczu i przeanalizować fakty. I nie myślę tu o tym, aby zachowywać się nieufnie i być zamkniętym w sobie. Ale jeśli ktoś ściemnia to człowiek jest w stanie podświadomie wyczuć to prędzej czy później.

2017 rok przeżyłam świadomie. Cieszyłam się z małych rzeczy - z szumu fal, z cudownych zachodów słońca, z zapachu bzu, z dobrych wyników badań, z leniwych niedzieli, z czasu spędzonego nad przeczytanymi książkami (a było ich sporo), z odkrywania nowych miejsc, ze smaku świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego, z zabawy z kotem, z wyjazdów na wieś do babci... Zamykam oczy i wracam myślami do tych drobnostek i się uśmiecham. Wspaniale.  

Wszystkiego dobrego w 2018! Do zobaczenia-usłyszenia następnym razem.



sobota, 2 grudnia 2017

PRZEBUDZENIE

Usiądź wygodnie w fotelu (bądź na czymkolwiek siedzisz), przynieś sobie kubek czegoś ciepłego do picia (ewentualnie kieliszek mocniejszego trunku), bo dziś "pogadamy" sobie na niezbyt przyjemne tematy. Zamierzam obnażyć się publicznie (choć też przed samą sobą) z bałaganu, który obecnie mam w głowie. Zamierzam się przyznać, jak rozpędzona do maksymalnej prędkości, pozostawiając za sobą wszystko inne, puszczając mimo uszu komentarze bliskich (jak się teraz okazuje słuszne) zderzyłam się z szybą, z pograniczem rzeczywistości i iluzji. Ale zanim dojdziemy do tej finałowej sceny w której kurtyna opada w dół wróćmy do początku...

"chce mi się płakać ze szczęścia, że trafiłam na tak świetnego chłopaka i czuję, że jestem w stanie oddać mu swoje serce tak stuprocentowo, tak jak nie zrobiłam tego nigdy wcześniej... " (20.03.2017)

Przecież tak było! To jak się poznaliśmy, to jak się poznawaliśmy, to jak się pierwszy raz spotkaliśmy... Jak zaczęliśmy ze sobą rozmawiać co wieczór o wszystkim i niczym. Jak naturalnie weszliśmy w związek. I jak świetnie do siebie pasowaliśmy. Wszyscy to widzieli, choć nieważne co myślą inni. Ja to widziałam, ja to czułam. Po raz pierwszy czułam się na takim miłosnym haju. I czułabym się pewnie dalej gdyby nie to, że mój narkotyk pod przykrywką cudownego odurzenia zabijał mnie od środka...

"wszystko z nim wydaje się prostsze, jest dla mnie nieocenionym wsparciem w trudnych chwilach i osobą, z która mogłabym dzielić swój wolny czas :) uwielbiam o niego dbać, sprawiać, że się uśmiecha, uwielbiam przy nim być..." (14.05.2017)

No i stało się, ktoś skradł całe moje serce. Nie mogło być inaczej - dogadywaliśmy się świetnie w każdej kwestii, mieliśmy identyczne poczucie humoru, wartości w życiu, priorytety. Po raz pierwszy jak facet wspominał o zaręczynach nie chciałam uciekać na drugi koniec świata ze strachu tylko czułam spokój i radość. Naopowiadaliśmy wszystkim, że się hatjniemy za trzy lata. Moi przyjaciele przecierali oczy z niedowierzania "co?? Ratajczykowa gada o ślubie? co się z nią stało?!". Byliśmy dla siebie przyjaciółmi, którzy zwierzali się sobie z problemów. Kumplami, którzy mogą wypić piwko i wspólnie się z czegoś ponabijać (np. z mojego antytalentu wokalnego, który oczywiście nie przeszkadzał mi, abym podśpiewywała w samochodzie). Kochankami, którzy patrząc na siebie nie widzieli w oczach drugiej osoby iskry a... cholerny ogień, wręcz pożar. Tak właśnie było.

"myślałam, że nigdy nie poczuję nic takiego, że mój kolejny związek będzie oparty na stagnacji typu 'no nie ma chemii, ale dobry materiał na chłopaka, inteligentny, zaradny, poukładany" a tutaj mam 2w1 - nie dość, że to co myślałam plus taka niesamowita chemia" (12.02.2017)

Wydawało mi się, że spotkałam na swojej drodze kogoś wyjątkowego. I że będę z nim całe życie. Przecież mieliśmy zgodną wizję przyszłości (poza tym, że ja chciałam mieć w przyszłości psa a on niekoniecznie), byliśmy na podobnych etapach w swoim życiu. Z tym, że ja jako singielka byłam zajebiście (przepraszam za wulgaryzm, ale czasami klnę jak szewc i nie chcę udawać, że jest inaczej) szczęśliwa sama ze sobą. Rok singlowania był najlepszym czasem na poznanie siebie, na rozwój i wyznaczenie sobie ścieżki życiowej. Nie potrzebowałam do tego faceta, choć przyznam bez bicia, że w tym czasie byłam na AŻ trzech randkach ale... dopóki nie poznałam jego nie chciałam nawet myśleć o bliższej relacji. A tu, pomimo cholernej odległości samo wyszło, że staliśmy się parą. I to on do tego bardziej dążył niż ja. On chciał to sformalizować i ogłaszać światu, że jesteśmy razem.

" [...] no ale my naprawdę się pobierzemy, nie może być inaczej" (07.07.2017)

Czułam się tak niesamowicie szczęśliwa. Usłyszałam tyle pięknych, wielkich słów. Nic nie było wymuszone, wszystko było takie... naturalne i łatwe. Nawet te sześc stów pieprzonych kilometrów nie było dla nas problemem. Myślałam, że śnię. Cudowne smsy, wspaniałe plany, rewelacyjne randki, troska, dużo śmiechu, maślane spojrzenie kiedy byłam obok. Nasza ulubiona restauracja w Międzyzdrojach, nasze związkowe ksywki, nasze wspomnienia jak płakaliśmy i zwijaliśmy się ze śmiechu, nasze ulubione hashtagi na Insta. Myślałam, że piękniej być nie może, że nie mogłam trafić lepiej. Dziękowałam Bogu w wieczornej modlitwie za ten dar. Dziś wiem, że to nie był dar a zajebista lekcja życia.

"pójdę jutro podziękować Bogu za to, że mi go zesłał pod nos, naprawdę :)  ten chłopak jest spełnieniem wszystkich moich marzeń! Czuję się silniejsza, bardziej szczęśliwa i spełniona..." (25.03.2017)

Ok, przyznam się bez bicia. Jestem osobą, która na pierwszy rzut oka wydaje się chłodna, nieprzystępna, wręcz nieczuła. To nieprawda. Jeśli ufam komuś stuprocentowo to nagle znika mur, którym się otaczam i pozwalam zajrzeć w głąb swojej duszy. Pozwalam się poznać jako prawdziwa ja. Troskliwa, czuła, ciepła kobieta, która za najbliższymi wejdzie w ogień bez wahania (i bez gaśnicy :P). Taka, która marzy o stworzeniu szczęśliwej rodziny (dog niemiecki w komplecie of course) i to jest dla niej głównym celem życiowym. Nie kasa, praca, kariera, kontakty i przypadkowe znajomości. Oczywiście wszystko przy zachowaniu odpowiedniego balansu. Mogliśmy pójść wieczorem na plażę na koc, pić jabłkowego Jim Beam'a z plastikowych kubków i zagryzać go chrupkami. Mogliśmy ubrać się elegancko i pójść do prestiżowej restauracji na romantyczną kolację przy świecach. Mogliśmy wskoczyć w dresy i gnić razem przy kominku albo pojechać na myjnię i myć moje auto. Mogliśmy razem wszystko.

Ale wtedy Bóg zdjął mi opaskę z oczu.


Nie chcę żyć na pokaz.
Nie chcę żyć z kimś kto prowadzi podwójne życie.
Nie chcę powielać fałszywych schematów z Twojego bliskiego otoczenia. Pięknie na zewnątrz, zgniłe w środku. Ile razy sam mówiłeś, że Cię to boli, że Ty tak nie chcesz.
Nie chcę być z kimś kto nie zna rangi słów "obiecuję".
Nie chcę być z kimś kto nie ma jaj, by powiedzieć komuś "nie".
Nie chcę być z kimś kto będzie starał się mnie małymi kroczkami izolować od znajomych, chcąc mnie mieć tylko dla siebie (używając bylejakiego pretekstu).
Nie chcę być z kimś kto na zawołanie potrafi zapłakać - nieważne czy mają to być wyreżyserowane łzy radości czy potwornego smutku. Z kimś kto manipuluje moimi uczuciami.
Nie chcę być z kimś dla kogo najważniejsza jest kariera, znajomości, układy i kontakty.
Nie chcę być piękną zdobyczą u Twojego boku, którą fajnie się pochwalić.

Chcę żyć prawdziwie.
Chcę być z kimś z kim zbuduję związek oparty na obustronnym zaufaniu i szczerości
Chcę aby łączyło mnie z kimś czyste, prawdziwe uczucie.
Chcę być z kimś, kto składając mi przysięgę małżeńską będzie wiedział, co oznacza słowo "obiecuję" i będzie o obietnicy pamiętał całe życie.
Chcę być z kimś kto ma jaja i potrafi odmówić kiedy wie, że "tak" może mnie zaboleć i naruszyć fundamenty naszego związku.
Chcę być z kimś kto jest prawdziwy, nie gra, jest sobą.
Chcę być z kimś kto będzie potrafił się mną dzielić z moimi przyjaciółmi.
Chcę być z kimś dla kogo najważniejsza jest rodzina i przyjaźń. Dobro, po prostu.
Chcę być z kimś dla kogo będę wszystkim.

Biegłam rozpędzona przed siebie. Mając w głowie wszystkie te cudowne chwile, te które były, i te które miały dopiero być przed nami. Na szczęście zorientowałam się w odpowiednim momencie, że z Twojej strony to była tylko gra, choć z mojej strony wszystko było szczere.

"[...] nie wiem co mam napisać, to był piękny czas po prostu" (12.02.2017)


W tym przypadku żadnego bisu nie będzie.

*przytoczone cytaty pochodzą z mojego wirtualnego pamiętnika


wtorek, 27 grudnia 2016

Podsumowanie roku 2016

To był dla mnie rok pełen zmian i zawirowań.

Czas porządkowania swojego życia, spełnienia kolejnych marzeń, poznawania nowych ludzi. Czas zachwytów i rozczarowań. Sukcesów i porażek. Zalewania się łzami ze śmiechu i płaczu z powodu cierpienia. Czas bliskości i tęsknoty.

Przede wszystkim jestem z siebie dumna. Za to jakim człowiekiem jestem, kim są moi przyjaciele i w jakim miejscu się znajduję. Że nie zatrzymałam się i nie zawróciłam, ale poszłam dalej przed siebie pozostając wierna swoim wartościom i przekonaniom.

Jestem dumna, bo nie uległam presji otoczenia, nie dałam sobie wmówić czyichś poglądów i podejmowałam decyzje w zgodzie ze sobą. I [tutaj miejsce na fanfary] nauczyłam się być asertywna. Potrafię odmawiać i nie czuć się winna i naprawdę jest mi z tym bardzo dobrze.

Nauczyłam się silniej przeżywać emocje i nie dusić ich w sobie. Umiem przyznać się do błędu, głośno powiedzieć "przepraszam", ale też zawzięcie bronić swojego zdania. Potrafię kulturalnie zakończyć spotkanie, które nic nie wnosi do mojego życia zamiast świecić oczami i udawać, że się dobrze bawię.

Stałam się od nikogo niezależnym scenarzystą swojego życia, chociaż nie zawsze mam wszystko zaplanowane - często daję się ponieść chwilom.

Zaczęłam rozróżniać miłość od przywiązania, przyjaźń od zwykłej znajomości, pasję od pracy, determinację od głupiego uporu, prawdziwe szczęście od szczęścia dla poklasku. Zaczęłam doceniać coś co kiedyś byłoby przeze mnie niezauważone.

Zrozumiałam, że najważniejszym wyzwaniem w życiu jest poznanie siebie. I życie dla siebie. Nie na pokaz. Nie dla innych. Nie, żeby się komuś podobać. Nie, żeby zgarnąć więcej lajków na Instagramie.

Dla siebie.
Żeby codziennie rano patrząc w lustrze widzieć uśmiechniętą kobietę.


Taka jestem w roku 2016.


niedziela, 18 grudnia 2016

O życiu, związkach i facetach oczami singielki

Z życia singielki:

Stało się.
Wielka, piękna miłość umarła. Może tak się kocha tylko raz, może więcej, może to nie było to, a może było, ale po prostu się spie*dzieliło, bo o to nie zadbaliśmy. I już nigdy czegoś takiego nie przeżyjemy.

Bo zabrakło nam chęci zmian, bo byliśmy egoistami, bo chcieliśmy zmieniać drugą osobę a w sobie nie widzieliśmy problemu. Bo chcieliśmy być wolni emocjonalnie. A może po prostu do siebie nie pasowaliśmy, ale dużo czasu zajęła Wam decyzja, żeby dopuścić rozsądek przed serducho.

No to jesteśmy wolni. Zbaczamy z jednej, wspólnie obranej drogi, każdy idzie w swoją stronę. Ku ogromnego zdziwieniu wszystkich wokół ("rozstaliście się?", "byliście moją ulubioną parą", "tak do siebie pasowaliście" itd..). Właściwie to sami jesteście zdziwieni, że bez żadnej WIELKIEJ / STRASZNEJ / TRAUMATYCZNEJ i DRAMATYCZNEJ przyczyny po prostu postanowiliście to zakończyć. W dzisiejszych czasach to takie nietypowe, bo prowodyrem musi być ta trzecia osoba, a może nawet dwie (po jedną na jednego partnera). Ale nie w Waszym przypadku, dlatego to budzi takie zainteresowanie Twoich przyjaciół, rodziny oraz innych ludzi, których gówno to powinno obchodzić. Ale ludzie zawsze będą ciekawi - gdzie pracujesz, ile zarabiasz, czym jeździsz i jak wygląda Twoje życie osobiste.

Chciałam się podzielić moimi spostrzeżeniami z rocznego okresu singlowania.. Uwierzcie mi, prowadzę teraz tzw. happy single life i nie potrzebuję żadnego faceta obok siebie do szczęścia. I jak cholernie mnie wkurza, gdy ludzie mi wmawiają "aa tak tylko gadasz, wiadomo że chciałabyś być z kimś, single zawsze tak mówią". Nie, bo gdybym czuła się samotna to bym to powiedziała na głos. Gdybym chciała być z kimś to bym tego nie ukrywała.

I tak, jestem szczęśliwa. Teraz i tu. Sama ze sobą. Zaczynam doceniać rzeczy, których wcześniej nie doceniałam.

Po naszym rozstaniu trochę czasu zajęło mi poukładanie sobie w głowie tego wszystkiego, prawie 6 lat to kawał czasu, więc nie było lekko. Ale w końcu stanęłam na nogi.

I zaczęłam poznawać facetów

I zaczęłam chodzić na randki.

I się kur*a załamałam.

Oczywiście tu jestem winna wyjaśnienia, bo przecież przed chwilą gadałam o happy single life, a tu piszę o randkach i facetach. Myślicie sobie - i gdzie tu logika??

Już tłumaczę. Uwielbiam poznawać nowych ludzi, nigdy nie miałam z tym problemu i teraz też się to nie zmieniło. Ale to, że się z kimś umówię na kawę (no dobra, herbatę, bo kawy nie piję) nie oznacza od razu, że snuję jakieś wizje siebie w białej sukni przed ołtarzem. Zachowuję dystans, miło spędzam czas i to wszystko. Jak poznam tę właściwą osobę i nadejdzie ta właściwa chwila to pewnie moje podejście się zmieni. Nie mam parcia w tym temacie. Samotność (choć to słowo kojarzy się wszystkim negatywnie) mi odpowiada. A, że lubię pić herbatę... ;) Więc tak... bycie szczęśliwym singlem, któremu odpowiada samotność nie wyklucza spotykania się z facetami.

No dobrze, wróćmy do tematu.

To co się stało z ludźmi w obecnych czasach to jest naprawdę jakaś przesada. Nie mówię, że tylko z facetami, bo z kobietami również. Patrzę, słucham, uczestniczę w tym śmietniku i nie wierzę. Cholera. Jak trudno dzisiejszemu facetowi otworzyć przed kobietą drzwi? Jak trudno dzisiejszej kobiecie jest wyjść z domu bez tony makijażu, który zmienia ją w całkowicie inną osobę? Jak trudno dzisiejszemu facetowi pomylić bycie pewnym siebie i szarmanckim z arogancją i buractwem? Jak trudno dzisiejszej kobiecie pokazać, że jest delikatna, ciepła i przyznać, że kompletnie nie wie co się dzieje pod maską jej samochodu?

Granice się zacierają, faceci stają się bardziej kobiecy i analogicznie kobiety stają się bardziej męskie. Coś mi tu nie gra, coś mi tu nie pasuje, a przede wszystkim to ja nie pasuję do tego świata. Wydaje mi się, że wpadliśmy w błędne koło - nie pozwalamy facetom być prawdziwymi facetami, a oni nie pozwalają nam być prawdziwymi kobietami. Cyrk. Czy poza mną ktoś inny też dostrzega ten absurd? :P


Nie chcę chodzić z facetem na manicure ani pożyczać mu moich ulubionych spodni rurek.

Ja się na to nie piszę.



poniedziałek, 26 września 2016

Kulisy pracy w branży eventowej cz. I


Pięć dni temu minęło mi równe pół roku od kiedy rozpoczęłam swoją przygodę w branży eventowej - początkowo na stanowisku Asystentki Event Managera, obecnie pracuję jako Junior Project Manager w tej samej firmie. Jeszcze rok temu marzyłam o pracy przy organizacji imprez - dzisiaj mam zbiór półrocznych doświadczeń i wrażeń za sobą. Jednak cały czas się uczę, cały czas coś mnie zaskakuje. I choć UWIELBIAM swoją pracę (tak wiem, to trochę nienormalne i nietypowe żywić takie uczucia do pracy) to oczywiście jak każda inna ma ona również swoje minusy. Bazując na własnych odczuciach postaram się przybliżyć Wam jak wygląda sprawa organizacji eventu "od kuchni".

Dlaczego?
Pomimo tego, że będąc jeszcze na studiach przeczytałam książkę pt. "Organizacja imprez" - Judy Allen, która uchodzi za swoistą biblię eventowców tak naprawdę nie wprowadziła mnie ona wystarczająco dobrze w ten świat. Wydawało mi się, że organizacja firmowych imprez to bułka z masłem - zwłaszcza dla kogoś kto łatwo odnajduje się w nowym środowisku - tak jak ja. 

Ale...
To nie wygląda tak jak w moich (i za pewne Waszych) wyobrażeniach. Duże imprezy wiążą się z napraaawdę długimi i czasochłonnymi przygotowaniami. Co powiecie na to, że już we wrześniu stratują pierwsze spotkania w sprawie Festiwalu Gwiazd, który odbywa się przecież w lipcu? Ten jeden przykład pokazuje Wam złożoność tej branży - dużych imprez nie da się zaplanować na dwa tygodnie przed realizacją

Ponieważ...
To nie jest grill ze znajomymi - gdzie wystarczy miejsce, grill z akcesoriami, paczka mięsa, alkohol i kilkoro przyjaciół. Organizację imprez zaczyna się od spotkania z klientem, omówienia jego oczekiwań, a także zaznajomienia się z budżetem przeznaczonym na imprezę. Posiadając takie informacje możemy przystąpić do działania czyli wyszukać, sprawdzić dostępność oraz koszty i zaproponować odpowiednią lokalizację, firmę cateringową, oprawę artystyczną, program imprezy, zaplecze techniczne, konferansjera, fotografa, dodatkowe atrakcje, transport, osoby do obsługi eventu itd. przy czym musimy spiąć to wszystko razem tworząc kosztorys, który zmieści się w budżecie klienta - a jeszcze lepiej jak będzie sporo niższy. 

Aczkolwiek...
Na tym nie koniec. Bo to, że przygotowaliśmy bogatą ofertę spełniającą oczekiwania klienta nie oznacza, że teraz pozostaje nam czekać na event. Byłoby wspaniale, ale rzeczywistość jest nieco inna. Teraz czekamy na feedback czyli informację zwrotną. Co by chciał zmienić, co wyrzucić z oferty a co dodać. A może wysłał zapytanie do kilku agencji eventowych i wybrał inną firmę na realizację swojej imprezy? Ja nie wyolbrzymiam - tak po prostu jest. Jeśli jednak klient zdecydował się na współpracę z nami, ale ma pewne obiekcje - działamy dalej czyli

Szukamy...
Alternatyw. Modyfikujemy ofertę kilkukrotnie, tak by finalnie spotkała się z akceptacją. Co oznacza modyfikujemy ofertę? Wracamy do punktu wyjścia czyli: wyszukujemy, sprawdzamy dostępność i wrzucamy do kosztorysu. Aczkolwiek w chwili akceptacji oferty nie oznacza to, że odkładamy projekt w kąt i przypominamy sobie o nim dopiero w dniu realizacji. Nie. Cały czas jesteśmy na linii - czyli do dyspozycji klienta.

Chociaż...
Nie zapominajmy, że dobre agencje eventowe nie pracują przez pół roku tylko nad jednym projektem. W międzyczasie realizujemy mnóstwo innych imprez (czasami dwie w ciągu jednego dnia) oraz przygotowujemy oferty dla innych klientów. Wolny weekend w lato? A co to takiego? :)

I wreszcie...
Przychodzi dzień realizacji! Zazwyczaj jesteśmy niewyspani, bo dzień lub dwa wcześniej zaczęły się montaże techniki estradowej i inne. No ale przecież nie możemy pokazać po sobie zmęczenia - uśmiech od ucha do ucha (nieważne, że spaliśmy tylko 3 godziny) + dużo kofeiny i działamy od samego świtu, chociaż impreza zaczyna się wieczorem. Pracy jest bardzo dużo, bo musimy dopilnować, żeby podwykonawcy zjawili się na czas, oraz żeby wszystko było zgodne z ofertą - a składowych jest wiele. I tak samo wiele może się pojawić problemów, które należy sprawnie rozwiązać nie wprowadzając zbędnego zamieszania i napięcia  - zarówno przed jak i w trakcie realizacji.

A gdy event się już skończył...
Nie idziecie do domów tak jak uczestnicy imprezy. Nie. Bo Wasza praca jeszcze się nie skończyła. Tak samo jak koordynowaliście montaże podwykonawców- tak samo trzeba dopilnować demontaży- zazwyczaj przy blasku księżyca ;)

Mogłabym pisać godzinami, ale jak na pierwszy raz myślę, że i tak wpis jest długi. Będą jeszcze kolejne części, już wkrótce... :)

Dobry wieczór, witam w świecie eventowców ! :)