Strony

sobota, 2 grudnia 2017

PRZEBUDZENIE

Usiądź wygodnie w fotelu (bądź na czymkolwiek siedzisz), przynieś sobie kubek czegoś ciepłego do picia (ewentualnie kieliszek mocniejszego trunku), bo dziś "pogadamy" sobie na niezbyt przyjemne tematy. Zamierzam obnażyć się publicznie (choć też przed samą sobą) z bałaganu, który obecnie mam w głowie. Zamierzam się przyznać, jak rozpędzona do maksymalnej prędkości, pozostawiając za sobą wszystko inne, puszczając mimo uszu komentarze bliskich (jak się teraz okazuje słuszne) zderzyłam się z szybą, z pograniczem rzeczywistości i iluzji. Ale zanim dojdziemy do tej finałowej sceny w której kurtyna opada w dół wróćmy do początku...

"chce mi się płakać ze szczęścia, że trafiłam na tak świetnego chłopaka i czuję, że jestem w stanie oddać mu swoje serce tak stuprocentowo, tak jak nie zrobiłam tego nigdy wcześniej... " (20.03.2017)

Przecież tak było! To jak się poznaliśmy, to jak się poznawaliśmy, to jak się pierwszy raz spotkaliśmy... Jak zaczęliśmy ze sobą rozmawiać co wieczór o wszystkim i niczym. Jak naturalnie weszliśmy w związek. I jak świetnie do siebie pasowaliśmy. Wszyscy to widzieli, choć nieważne co myślą inni. Ja to widziałam, ja to czułam. Po raz pierwszy czułam się na takim miłosnym haju. I czułabym się pewnie dalej gdyby nie to, że mój narkotyk pod przykrywką cudownego odurzenia zabijał mnie od środka...

"wszystko z nim wydaje się prostsze, jest dla mnie nieocenionym wsparciem w trudnych chwilach i osobą, z która mogłabym dzielić swój wolny czas :) uwielbiam o niego dbać, sprawiać, że się uśmiecha, uwielbiam przy nim być..." (14.05.2017)

No i stało się, ktoś skradł całe moje serce. Nie mogło być inaczej - dogadywaliśmy się świetnie w każdej kwestii, mieliśmy identyczne poczucie humoru, wartości w życiu, priorytety. Po raz pierwszy jak facet wspominał o zaręczynach nie chciałam uciekać na drugi koniec świata ze strachu tylko czułam spokój i radość. Naopowiadaliśmy wszystkim, że się hatjniemy za trzy lata. Moi przyjaciele przecierali oczy z niedowierzania "co?? Ratajczykowa gada o ślubie? co się z nią stało?!". Byliśmy dla siebie przyjaciółmi, którzy zwierzali się sobie z problemów. Kumplami, którzy mogą wypić piwko i wspólnie się z czegoś ponabijać (np. z mojego antytalentu wokalnego, który oczywiście nie przeszkadzał mi, abym podśpiewywała w samochodzie). Kochankami, którzy patrząc na siebie nie widzieli w oczach drugiej osoby iskry a... cholerny ogień, wręcz pożar. Tak właśnie było.

"myślałam, że nigdy nie poczuję nic takiego, że mój kolejny związek będzie oparty na stagnacji typu 'no nie ma chemii, ale dobry materiał na chłopaka, inteligentny, zaradny, poukładany" a tutaj mam 2w1 - nie dość, że to co myślałam plus taka niesamowita chemia" (12.02.2017)

Wydawało mi się, że spotkałam na swojej drodze kogoś wyjątkowego. I że będę z nim całe życie. Przecież mieliśmy zgodną wizję przyszłości (poza tym, że ja chciałam mieć w przyszłości psa a on niekoniecznie), byliśmy na podobnych etapach w swoim życiu. Z tym, że ja jako singielka byłam zajebiście (przepraszam za wulgaryzm, ale czasami klnę jak szewc i nie chcę udawać, że jest inaczej) szczęśliwa sama ze sobą. Rok singlowania był najlepszym czasem na poznanie siebie, na rozwój i wyznaczenie sobie ścieżki życiowej. Nie potrzebowałam do tego faceta, choć przyznam bez bicia, że w tym czasie byłam na AŻ trzech randkach ale... dopóki nie poznałam jego nie chciałam nawet myśleć o bliższej relacji. A tu, pomimo cholernej odległości samo wyszło, że staliśmy się parą. I to on do tego bardziej dążył niż ja. On chciał to sformalizować i ogłaszać światu, że jesteśmy razem.

" [...] no ale my naprawdę się pobierzemy, nie może być inaczej" (07.07.2017)

Czułam się tak niesamowicie szczęśliwa. Usłyszałam tyle pięknych, wielkich słów. Nic nie było wymuszone, wszystko było takie... naturalne i łatwe. Nawet te sześc stów pieprzonych kilometrów nie było dla nas problemem. Myślałam, że śnię. Cudowne smsy, wspaniałe plany, rewelacyjne randki, troska, dużo śmiechu, maślane spojrzenie kiedy byłam obok. Nasza ulubiona restauracja w Międzyzdrojach, nasze związkowe ksywki, nasze wspomnienia jak płakaliśmy i zwijaliśmy się ze śmiechu, nasze ulubione hashtagi na Insta. Myślałam, że piękniej być nie może, że nie mogłam trafić lepiej. Dziękowałam Bogu w wieczornej modlitwie za ten dar. Dziś wiem, że to nie był dar a zajebista lekcja życia.

"pójdę jutro podziękować Bogu za to, że mi go zesłał pod nos, naprawdę :)  ten chłopak jest spełnieniem wszystkich moich marzeń! Czuję się silniejsza, bardziej szczęśliwa i spełniona..." (25.03.2017)

Ok, przyznam się bez bicia. Jestem osobą, która na pierwszy rzut oka wydaje się chłodna, nieprzystępna, wręcz nieczuła. To nieprawda. Jeśli ufam komuś stuprocentowo to nagle znika mur, którym się otaczam i pozwalam zajrzeć w głąb swojej duszy. Pozwalam się poznać jako prawdziwa ja. Troskliwa, czuła, ciepła kobieta, która za najbliższymi wejdzie w ogień bez wahania (i bez gaśnicy :P). Taka, która marzy o stworzeniu szczęśliwej rodziny (dog niemiecki w komplecie of course) i to jest dla niej głównym celem życiowym. Nie kasa, praca, kariera, kontakty i przypadkowe znajomości. Oczywiście wszystko przy zachowaniu odpowiedniego balansu. Mogliśmy pójść wieczorem na plażę na koc, pić jabłkowego Jim Beam'a z plastikowych kubków i zagryzać go chrupkami. Mogliśmy ubrać się elegancko i pójść do prestiżowej restauracji na romantyczną kolację przy świecach. Mogliśmy wskoczyć w dresy i gnić razem przy kominku albo pojechać na myjnię i myć moje auto. Mogliśmy razem wszystko.

Ale wtedy Bóg zdjął mi opaskę z oczu.


Nie chcę żyć na pokaz.
Nie chcę żyć z kimś kto prowadzi podwójne życie.
Nie chcę powielać fałszywych schematów z Twojego bliskiego otoczenia. Pięknie na zewnątrz, zgniłe w środku. Ile razy sam mówiłeś, że Cię to boli, że Ty tak nie chcesz.
Nie chcę być z kimś kto nie zna rangi słów "obiecuję".
Nie chcę być z kimś kto nie ma jaj, by powiedzieć komuś "nie".
Nie chcę być z kimś kto będzie starał się mnie małymi kroczkami izolować od znajomych, chcąc mnie mieć tylko dla siebie (używając bylejakiego pretekstu).
Nie chcę być z kimś kto na zawołanie potrafi zapłakać - nieważne czy mają to być wyreżyserowane łzy radości czy potwornego smutku. Z kimś kto manipuluje moimi uczuciami.
Nie chcę być z kimś dla kogo najważniejsza jest kariera, znajomości, układy i kontakty.
Nie chcę być piękną zdobyczą u Twojego boku, którą fajnie się pochwalić.

Chcę żyć prawdziwie.
Chcę być z kimś z kim zbuduję związek oparty na obustronnym zaufaniu i szczerości
Chcę aby łączyło mnie z kimś czyste, prawdziwe uczucie.
Chcę być z kimś, kto składając mi przysięgę małżeńską będzie wiedział, co oznacza słowo "obiecuję" i będzie o obietnicy pamiętał całe życie.
Chcę być z kimś kto ma jaja i potrafi odmówić kiedy wie, że "tak" może mnie zaboleć i naruszyć fundamenty naszego związku.
Chcę być z kimś kto jest prawdziwy, nie gra, jest sobą.
Chcę być z kimś kto będzie potrafił się mną dzielić z moimi przyjaciółmi.
Chcę być z kimś dla kogo najważniejsza jest rodzina i przyjaźń. Dobro, po prostu.
Chcę być z kimś dla kogo będę wszystkim.

Biegłam rozpędzona przed siebie. Mając w głowie wszystkie te cudowne chwile, te które były, i te które miały dopiero być przed nami. Na szczęście zorientowałam się w odpowiednim momencie, że z Twojej strony to była tylko gra, choć z mojej strony wszystko było szczere.

"[...] nie wiem co mam napisać, to był piękny czas po prostu" (12.02.2017)


W tym przypadku żadnego bisu nie będzie.

*przytoczone cytaty pochodzą z mojego wirtualnego pamiętnika


wtorek, 27 grudnia 2016

Podsumowanie roku 2016

To był dla mnie rok pełen zmian i zawirowań.

Czas porządkowania swojego życia, spełnienia kolejnych marzeń, poznawania nowych ludzi. Czas zachwytów i rozczarowań. Sukcesów i porażek. Zalewania się łzami ze śmiechu i płaczu z powodu cierpienia. Czas bliskości i tęsknoty.

Przede wszystkim jestem z siebie dumna. Za to jakim człowiekiem jestem, kim są moi przyjaciele i w jakim miejscu się znajduję. Że nie zatrzymałam się i nie zawróciłam, ale poszłam dalej przed siebie pozostając wierna swoim wartościom i przekonaniom.

Jestem dumna, bo nie uległam presji otoczenia, nie dałam sobie wmówić czyichś poglądów i podejmowałam decyzje w zgodzie ze sobą. I [tutaj miejsce na fanfary] nauczyłam się być asertywna. Potrafię odmawiać i nie czuć się winna i naprawdę jest mi z tym bardzo dobrze.

Nauczyłam się silniej przeżywać emocje i nie dusić ich w sobie. Umiem przyznać się do błędu, głośno powiedzieć "przepraszam", ale też zawzięcie bronić swojego zdania. Potrafię kulturalnie zakończyć spotkanie, które nic nie wnosi do mojego życia zamiast świecić oczami i udawać, że się dobrze bawię.

Stałam się od nikogo niezależnym scenarzystą swojego życia, chociaż nie zawsze mam wszystko zaplanowane - często daję się ponieść chwilom.

Zaczęłam rozróżniać miłość od przywiązania, przyjaźń od zwykłej znajomości, pasję od pracy, determinację od głupiego uporu, prawdziwe szczęście od szczęścia dla poklasku. Zaczęłam doceniać coś co kiedyś byłoby przeze mnie niezauważone.

Zrozumiałam, że najważniejszym wyzwaniem w życiu jest poznanie siebie. I życie dla siebie. Nie na pokaz. Nie dla innych. Nie, żeby się komuś podobać. Nie, żeby zgarnąć więcej lajków na Instagramie.

Dla siebie.
Żeby codziennie rano patrząc w lustrze widzieć uśmiechniętą kobietę.


Taka jestem w roku 2016.


niedziela, 18 grudnia 2016

O życiu, związkach i facetach oczami singielki

Z życia singielki:

Stało się.
Wielka, piękna miłość umarła. Może tak się kocha tylko raz, może więcej, może to nie było to, a może było, ale po prostu się spie*dzieliło, bo o to nie zadbaliśmy. I już nigdy czegoś takiego nie przeżyjemy.

Bo zabrakło nam chęci zmian, bo byliśmy egoistami, bo chcieliśmy zmieniać drugą osobę a w sobie nie widzieliśmy problemu. Bo chcieliśmy być wolni emocjonalnie. A może po prostu do siebie nie pasowaliśmy, ale dużo czasu zajęła Wam decyzja, żeby dopuścić rozsądek przed serducho.

No to jesteśmy wolni. Zbaczamy z jednej, wspólnie obranej drogi, każdy idzie w swoją stronę. Ku ogromnego zdziwieniu wszystkich wokół ("rozstaliście się?", "byliście moją ulubioną parą", "tak do siebie pasowaliście" itd..). Właściwie to sami jesteście zdziwieni, że bez żadnej WIELKIEJ / STRASZNEJ / TRAUMATYCZNEJ i DRAMATYCZNEJ przyczyny po prostu postanowiliście to zakończyć. W dzisiejszych czasach to takie nietypowe, bo prowodyrem musi być ta trzecia osoba, a może nawet dwie (po jedną na jednego partnera). Ale nie w Waszym przypadku, dlatego to budzi takie zainteresowanie Twoich przyjaciół, rodziny oraz innych ludzi, których gówno to powinno obchodzić. Ale ludzie zawsze będą ciekawi - gdzie pracujesz, ile zarabiasz, czym jeździsz i jak wygląda Twoje życie osobiste.

Chciałam się podzielić moimi spostrzeżeniami z rocznego okresu singlowania.. Uwierzcie mi, prowadzę teraz tzw. happy single life i nie potrzebuję żadnego faceta obok siebie do szczęścia. I jak cholernie mnie wkurza, gdy ludzie mi wmawiają "aa tak tylko gadasz, wiadomo że chciałabyś być z kimś, single zawsze tak mówią". Nie, bo gdybym czuła się samotna to bym to powiedziała na głos. Gdybym chciała być z kimś to bym tego nie ukrywała.

I tak, jestem szczęśliwa. Teraz i tu. Sama ze sobą. Zaczynam doceniać rzeczy, których wcześniej nie doceniałam.

Po naszym rozstaniu trochę czasu zajęło mi poukładanie sobie w głowie tego wszystkiego, prawie 6 lat to kawał czasu, więc nie było lekko. Ale w końcu stanęłam na nogi.

I zaczęłam poznawać facetów

I zaczęłam chodzić na randki.

I się kur*a załamałam.

Oczywiście tu jestem winna wyjaśnienia, bo przecież przed chwilą gadałam o happy single life, a tu piszę o randkach i facetach. Myślicie sobie - i gdzie tu logika??

Już tłumaczę. Uwielbiam poznawać nowych ludzi, nigdy nie miałam z tym problemu i teraz też się to nie zmieniło. Ale to, że się z kimś umówię na kawę (no dobra, herbatę, bo kawy nie piję) nie oznacza od razu, że snuję jakieś wizje siebie w białej sukni przed ołtarzem. Zachowuję dystans, miło spędzam czas i to wszystko. Jak poznam tę właściwą osobę i nadejdzie ta właściwa chwila to pewnie moje podejście się zmieni. Nie mam parcia w tym temacie. Samotność (choć to słowo kojarzy się wszystkim negatywnie) mi odpowiada. A, że lubię pić herbatę... ;) Więc tak... bycie szczęśliwym singlem, któremu odpowiada samotność nie wyklucza spotykania się z facetami.

No dobrze, wróćmy do tematu.

To co się stało z ludźmi w obecnych czasach to jest naprawdę jakaś przesada. Nie mówię, że tylko z facetami, bo z kobietami również. Patrzę, słucham, uczestniczę w tym śmietniku i nie wierzę. Cholera. Jak trudno dzisiejszemu facetowi otworzyć przed kobietą drzwi? Jak trudno dzisiejszej kobiecie jest wyjść z domu bez tony makijażu, który zmienia ją w całkowicie inną osobę? Jak trudno dzisiejszemu facetowi pomylić bycie pewnym siebie i szarmanckim z arogancją i buractwem? Jak trudno dzisiejszej kobiecie pokazać, że jest delikatna, ciepła i przyznać, że kompletnie nie wie co się dzieje pod maską jej samochodu?

Granice się zacierają, faceci stają się bardziej kobiecy i analogicznie kobiety stają się bardziej męskie. Coś mi tu nie gra, coś mi tu nie pasuje, a przede wszystkim to ja nie pasuję do tego świata. Wydaje mi się, że wpadliśmy w błędne koło - nie pozwalamy facetom być prawdziwymi facetami, a oni nie pozwalają nam być prawdziwymi kobietami. Cyrk. Czy poza mną ktoś inny też dostrzega ten absurd? :P


Nie chcę chodzić z facetem na manicure ani pożyczać mu moich ulubionych spodni rurek.

Ja się na to nie piszę.



poniedziałek, 26 września 2016

Kulisy pracy w branży eventowej cz. I


Pięć dni temu minęło mi równe pół roku od kiedy rozpoczęłam swoją przygodę w branży eventowej - początkowo na stanowisku Asystentki Event Managera, obecnie pracuję jako Junior Project Manager w tej samej firmie. Jeszcze rok temu marzyłam o pracy przy organizacji imprez - dzisiaj mam zbiór półrocznych doświadczeń i wrażeń za sobą. Jednak cały czas się uczę, cały czas coś mnie zaskakuje. I choć UWIELBIAM swoją pracę (tak wiem, to trochę nienormalne i nietypowe żywić takie uczucia do pracy) to oczywiście jak każda inna ma ona również swoje minusy. Bazując na własnych odczuciach postaram się przybliżyć Wam jak wygląda sprawa organizacji eventu "od kuchni".

Dlaczego?
Pomimo tego, że będąc jeszcze na studiach przeczytałam książkę pt. "Organizacja imprez" - Judy Allen, która uchodzi za swoistą biblię eventowców tak naprawdę nie wprowadziła mnie ona wystarczająco dobrze w ten świat. Wydawało mi się, że organizacja firmowych imprez to bułka z masłem - zwłaszcza dla kogoś kto łatwo odnajduje się w nowym środowisku - tak jak ja. 

Ale...
To nie wygląda tak jak w moich (i za pewne Waszych) wyobrażeniach. Duże imprezy wiążą się z napraaawdę długimi i czasochłonnymi przygotowaniami. Co powiecie na to, że już we wrześniu stratują pierwsze spotkania w sprawie Festiwalu Gwiazd, który odbywa się przecież w lipcu? Ten jeden przykład pokazuje Wam złożoność tej branży - dużych imprez nie da się zaplanować na dwa tygodnie przed realizacją

Ponieważ...
To nie jest grill ze znajomymi - gdzie wystarczy miejsce, grill z akcesoriami, paczka mięsa, alkohol i kilkoro przyjaciół. Organizację imprez zaczyna się od spotkania z klientem, omówienia jego oczekiwań, a także zaznajomienia się z budżetem przeznaczonym na imprezę. Posiadając takie informacje możemy przystąpić do działania czyli wyszukać, sprawdzić dostępność oraz koszty i zaproponować odpowiednią lokalizację, firmę cateringową, oprawę artystyczną, program imprezy, zaplecze techniczne, konferansjera, fotografa, dodatkowe atrakcje, transport, osoby do obsługi eventu itd. przy czym musimy spiąć to wszystko razem tworząc kosztorys, który zmieści się w budżecie klienta - a jeszcze lepiej jak będzie sporo niższy. 

Aczkolwiek...
Na tym nie koniec. Bo to, że przygotowaliśmy bogatą ofertę spełniającą oczekiwania klienta nie oznacza, że teraz pozostaje nam czekać na event. Byłoby wspaniale, ale rzeczywistość jest nieco inna. Teraz czekamy na feedback czyli informację zwrotną. Co by chciał zmienić, co wyrzucić z oferty a co dodać. A może wysłał zapytanie do kilku agencji eventowych i wybrał inną firmę na realizację swojej imprezy? Ja nie wyolbrzymiam - tak po prostu jest. Jeśli jednak klient zdecydował się na współpracę z nami, ale ma pewne obiekcje - działamy dalej czyli

Szukamy...
Alternatyw. Modyfikujemy ofertę kilkukrotnie, tak by finalnie spotkała się z akceptacją. Co oznacza modyfikujemy ofertę? Wracamy do punktu wyjścia czyli: wyszukujemy, sprawdzamy dostępność i wrzucamy do kosztorysu. Aczkolwiek w chwili akceptacji oferty nie oznacza to, że odkładamy projekt w kąt i przypominamy sobie o nim dopiero w dniu realizacji. Nie. Cały czas jesteśmy na linii - czyli do dyspozycji klienta.

Chociaż...
Nie zapominajmy, że dobre agencje eventowe nie pracują przez pół roku tylko nad jednym projektem. W międzyczasie realizujemy mnóstwo innych imprez (czasami dwie w ciągu jednego dnia) oraz przygotowujemy oferty dla innych klientów. Wolny weekend w lato? A co to takiego? :)

I wreszcie...
Przychodzi dzień realizacji! Zazwyczaj jesteśmy niewyspani, bo dzień lub dwa wcześniej zaczęły się montaże techniki estradowej i inne. No ale przecież nie możemy pokazać po sobie zmęczenia - uśmiech od ucha do ucha (nieważne, że spaliśmy tylko 3 godziny) + dużo kofeiny i działamy od samego świtu, chociaż impreza zaczyna się wieczorem. Pracy jest bardzo dużo, bo musimy dopilnować, żeby podwykonawcy zjawili się na czas, oraz żeby wszystko było zgodne z ofertą - a składowych jest wiele. I tak samo wiele może się pojawić problemów, które należy sprawnie rozwiązać nie wprowadzając zbędnego zamieszania i napięcia  - zarówno przed jak i w trakcie realizacji.

A gdy event się już skończył...
Nie idziecie do domów tak jak uczestnicy imprezy. Nie. Bo Wasza praca jeszcze się nie skończyła. Tak samo jak koordynowaliście montaże podwykonawców- tak samo trzeba dopilnować demontaży- zazwyczaj przy blasku księżyca ;)

Mogłabym pisać godzinami, ale jak na pierwszy raz myślę, że i tak wpis jest długi. Będą jeszcze kolejne części, już wkrótce... :)

Dobry wieczór, witam w świecie eventowców ! :)



środa, 21 września 2016

Sesja ciążowa z Ewą

Półtora tygodnia temu udało mi się zabrać koleżankę ze szkolnej, licealnej ławki (kiedy ten czas zleciał ja się pytam?!) na sesję ciążową. W końcu ktoś dał się namówić na leśną scenerię o której od tak dawna myślałam. Minimalne światło po zachodzie słońca, stare drzewa i Ewa- wyszło klimatycznie, trochę tajemniczo, niecodziennie. Mi się podoba.











Piękna, prawda?

To chyba nie jest ściema, że chłopcy dodają kobiecie uroku - Ewcia wygląda fenomenalnie!


wtorek, 6 września 2016

Jak być szczęśliwym ?

Cześć i czołem! Witam po długiej przerwie - niestety praca w branży eventowej daje się we znaki (szczególnie latem). Na szczęście (a może i nieszczęście, bo lubię żyć w biegu :P) nadszedł czas kiedy mogę wieczorem spokojnie usiąść przy komputerze i odświeżyć mojego bloga. Dzisiaj Was zapraszam na wpis o tym jakie czynniki sprawiają, że czuję się naprawdę szczęśliwa. To co? Zaczynamy? :)


1. Przyjaciele - bez nich mój świat byłby nudny! Bo z kim mogłabym śmiać się do łez, rozmawiać o problemach, realizować moje szalone pomysły, do kogo mogłabym wpraszać się na obiad, wysyłać durne zdjęcia lub spędzać leniwe niedziele, kiedy ma się ochotę wyłącznie na leżenie do góry brzuchem? I choć nie mam problemów w nawiązywaniu nowych relacji to tak naprawdę niewiele jest osób, którym ufam bezgranicznie i które znają mnie lepiej niż mogłoby to się wydawać stosowne. I właśnie wśród nich czuję się jak ryba w wodzie - bo pomimo wieku mogę dalej pajacować jeśli mam na to ochotę i wiem, że nikt krzywo się nie spojrzy tylko ewentualnie do mnie dołączy :D

2. Rodzina - rodzinę się docenia kiedy nie ma jej blisko. Nie zapomnę nigdy pierwszych świąt Bożego Narodzenia na emigracji kiedy popłakałam się jak dziecko... Pomimo starań i długich przygotowań czułam się jakbym oszukiwała z tymi świętami samą siebie - i wtedy puściły emocje. Dlatego teraz, pomimo niezłego tempa w moim życiu staram się jak najczęściej odwiedzać dziadków, czy rozmawiać z rodzicami. W końcu, mając rodzinę blisko, czuję, że jestem we właściwym miejscu, że jestem w DOMU. 

3. Czas wyłącznie dla samej siebie - uwierzcie mi, że znalezienie takiego czasu graniczy u mnie z cudem. A to dlatego, że mam masę znajomych:
a) z którymi uwielbiam się spotkać ale
b) zaniedbałam ich ze względu na intensywną pracę więc
c) teraz nadrabiam zaległości towarzyskie
Ale pomimo tego mam takie dni (no dobra, zazwyczaj niecałe :P), że po prostu mam ochotę się od wszystkich odciąć i skupić na samej siebie. Wyjechać na wieś, poczytać książkę, zrobić maseczkę na włosy, poleżeć plackiem na działce czy obejrzeć kilka odcinków ulubionego serialu. Takie chwile  sam na sam ze sobą pozwalają mi się wyciszyć i zachować wewnętrzną równowagę. 

4. Podróżowanie - każdy kto mnie zna choć trochę wie, że uwielbiam podróżować i bywać w nowych miejscach. I choć ostatnie cztery lata z rzędu w okresie wakacyjnym wyjeżdżałam za granicę w to lato udało mi się skoczyć jedynie na weekend do Gdańska i Wrocławia. Ale nawet takie dwa krótkie wyjazdy uradowały moje serducho, oczy i niekoniecznie wątrobę (If You know what I mean... :D). Wspaniałe widoki, doborowe towarzystwo, zwiedzanie połączone z rekreacją to coś co uwielbiam :) Nieważne gdzie wyjeżdżam, ważna jest podróż sama w sobie ;)

5. Próbowanie nowych rzeczy - choć łatwo sprawić mi radość niestety szybko się nudzę. Dlatego też lubię eksperymentować i próbować nowości. Potrawa której nigdy nie jadłam? Ciasto którego nigdy nie piekłam? Sport, którego nigdy nie uprawiałam? Gatunek książki po którą kiedyś nawet bym nie sięgnęła? To tylko nieliczne przykłady pokazujący w jaki sposób urozmaicam sobie życie. Rutyna jest nudna!

6. Marzenia - są po to by je realizować! Nigdy nie zapomnę jak około półtora roku temu na pytanie kolegi (jeszcze w Anglii) gdzie bym chciała pracować odpowiedziałam "przy organizacji imprez". I proszę bardzo - teraz właśnie się tym zajmuję. Marzenia (w postaci celów) są moim motorkiem napędowym w życiu; wychodzę z założenia, że jeśli naprawdę czegoś pragniemy to jesteśmy w stanie to zdobyć. Choć nie mam na to recepty to uważam, że proces realizacji marzeń zaczyna się w naszych głowach, dlatego warto od samego początku nastawić się na wygraną i dziaaałać :) Bez odkładania tego na KIEDYŚ. 

7. Pogodzenie się z przeszłością - wiem, że czasem bywa to trudne, ale niestety nie osiągniemy pełni szczęścia, jeśli nie zamkniemy poprzednich rozdziałów z naszego życia. Nie mam na myśli całkowitego odcięcia się od tego co było, bo przeszłość jest zbiorem naszych doświadczeń, tylko o zaakceptowanie przeszłości, naszych i czyichś wyborów. Nie bądźmy niewolnikami naszej przeszłości na własne życzenie.

8. Satysfakcja zawodowa - żadne pieniądze nie są w stanie uszczęśliwić człowieka, jeśli robi coś czego po prostu nie lubi. Zbyt wiele z nas jest nastawionych na konkretne kwoty finansowe nie mając przy tym bogatego doświadczenia czy odpowiednich kwalifikacji. Marnujemy się zatem na posadach, które nas nie spełniają, ale są bardziej opłacalne, zamiatając pod dywan nasze prawdziwe ambicje. A później uważamy, że "jest już za późno/ jesteśmy za starzy" żeby zacząć od nowa w wymarzonej branży. Ja postawiłam wszystko na jedną kartę - zaczęłam od zera w branży zajmującą się organizacją firmowych imprez i wiecie co? Okazuje się, że to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu :)  (choć teraz się martwię, czy nie popadam już w pracoholizm... :P)





A Ty? Jesteś szczęśliwa/y?

Buziaki! Do zobaczenia następnym razem!

niedziela, 7 sierpnia 2016

Przepis na sałatkę ze szpinakiem, pomidorkami koktajlowymi, szynką szwarcwaldzką, mozzarellą, oliwkami i sosem balsamicznym

Witam witam,

Dzisiaj na szybko wrzucam przepis na pyszną sałatkę, która wbrew niepozornym składnikom jest bardzo sycąca i... pyszna  :) A do tego błyskawicznie szybka w przygotowaniu- także jeśli nie macie zbyt wiele czasu na gotowanie to polecam serdecznie :)

Poniżej wypiszę składniki na 1 porcję:
-1/3 opakowania świeżego szpinaku
-3 plasterki szynki szwarcwaldzkiej
-6 pomidorków koktajlowych/cherry pokrojonych na pół
-6 czarnych oliwek pokrojonych na pół
-1/3 mozarelli pokrojona w kostkę
-sól i pieprz
-sos balsamiczny



Przygotowanie:
Zgadnijcie :D hahaha. Myjemy pomidorki i liście szpinaku i... wszystkie składniki lądują na talerzu :) Polewamy sosem balsamicznym, doprawiamy solą i pieprzem i gotowe!




Smacznego! :)